Dzisiaj:39
Wczoraj:101
W tygodniu:356
W miesiącu:1444
Ogólnie:152645

Twoje IP: 54.82.93.116 czwartek, 15, listopad 2018 08:23

Kto jest online

Goście: 5 gości online

afryka 3 2018 03Na początku naszego pobytu w parafii Bimbo jeden z posługujących tutaj księży , porównał Kościół afrykański do Kościoła Dziejów Apostolskich. Wtedy mogliśmy jedynie wysłuchać jego opowieści i uwierzyć mu na słowo. Jednak wydarzenia ubiegłego tygodnia sprawiły, że na własnej skórze dane nam było doświadczyć trafności tej metafory.

Oprócz duszpasterstwa przy kościele w Bimbo, czterech kapłanów, którzy tam pracują, ma pod swoją opieką także 44 wioski. Siłą rzeczy księża nie są w stanie regularnie ich odwiedzać i być z ich mieszkańcami. Za duchową opiekę nad każdą z nich jest więc odpowiedzialny katechista, czyli świecki mężczyzna, który utrzymuje kontakty z parafią, odpowiada za katechezę i prowadzi niedzielną Liturgię Słowa pod nieobecność księdza. Teren parafii jest podzielony na trzy sektory, nad każdym pieczę sprawuje jeden kapłan.

W zeszłym tygodniu odbyliśmy kilkudniową wyprawę do sektora nad rzeką Ubangi, który był miejscem pracy ojca Stanisława w czasie jego ośmioletniego pobytu w Afryce. Sobotnie popołudnie i wieczór upłynęły nam na pakowaniu potrzebnych bagaży i sprzętu. Parafia w Bimbo jest położona koło stolicy kraju, więc warunki pobytu na plebanii mieliśmy niemalże europejskie. Jednak afrykańska prowincja to zupełnie inna bajka. Brak zasięgu, elektryczności, bieżącej wody, bieda i proste życie mieszkańców oraz wszędobylskie insekty, komary i owady o bliżej niezidentyfikowanej nazwie i zamiarach to tylko jej niektóre wątki. Uświadomieni i pouczeni o nich przez księży Marka i Maksymiliana zapakowaliśmy sprzęt liturgiczny, moskitiery, śpiwory, karimaty, przenośny prysznic, latarki, niewielki zapas jedzenia oraz kilka innych rzeczy koniecznych do przeżycia i funkcjonowania w afrykańskim buszu.

Naszą podróż rozpoczęliśmy w poniedziałkowy poranek. Po śniadaniu zapakowaliśmy ekwipunek na pakę parafialnego samochodu i nie tracąc ani chwili wyjechaliśmy w teren. Ekipa wyprawy składała się z sześciu osób: ojciec Stanisław, czterech kleryków oraz Mathieu – nasz przewodnik po afrykańskich bezdrożach. Po przejechaniu przez policyjne blokady byliśmy świadkami stopniowej zmiany krajobrazu. Coraz rzadsze zabudowania płynnie ustępowały miejsca bezludnym krajobrazom, krzewom i polanom. Na koniec otoczyła nas ciemna połać afrykańskiego buszu, która nie opuściła nas aż do ostatnich chwil podróży i powrotu do miasta. Także zmiana podłoża pod kołami samochodu dobitnie świadczyła o odmienności terenu, na który wkraczaliśmy: szeroka, ubita droga miejska przekształciła się w dziurawy, polny trakt, pełen wertepów i głębokich kałuż. Po półtoragodzinnej jeździe samochodem dotarliśmy do Nzimby. Mieszkańcy krótko oprowadzili nas po wiosce, obejrzeliśmy szkołę i spotkaliśmy się z kilkoma rodzinami. Po własnoręcznie przygotowanym posiłku (jeszcze nigdy pomidorowa z torebki z makaronem nie smakowała tak dobrze) przyszedł czas na Eucharystię z mieszkańcami wioski. Po zakończonej Mszy Świętej, w półmroku, przy akompaniamencie budzących się do nocnego życia mieszkańców lasu po raz pierwszy rozpakowaliśmy nasze moskitiery i zmęczeni, ale szczęśliwi szybko usnęliśmy.

Poranek przyniósł nam szereg kolejnych pasjonujących doświadczeń. Spakowaliśmy nasze obozowisko, w pośpiechu zjedliśmy śniadanie i zawieźliśmy bagaże nad rzekę. Tam już czekała na nas piroga z pięcioma krzesłami. Tym Czytelnikom, którym użyte w poprzednim zdaniu, nieco egzotycznie brzmiące słowo kojarzy się tylko i wyłącznie z polską potrawą, za którą skądinąd bardzo tęsknimy na afrykańskim kontynencie, jesteśmy winni wyjaśnienie, że piroga to specjalna łódź drążona z pnia jednego drzewa, używana do lokalnego transportu przez Afrykańczyków. Zazwyczaj bywa wprawiana w ruch dzięki pracy wioślarzy, jednak my byliśmy wyposażeni w niewielki silnik, który pozwolił nam na sprawne pokonanie dystansu ok. 40 km w jedną stronę. Zapakowaliśmy na łódkę bagaże i pilotowani przez Mathieu oraz Bazyla, który do nas dołączył w Nzimbie, wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Odtąd poszczególne dni naszej podróży wyglądały bardzo podobnie. Dziennie odwiedzaliśmy jedną lub dwie wioski. Mieszkańcy każdej z nich oprowadzali nas, pokazywali szkoły i głębinowe ujęcia wody wybudowane podczas poprzednich stażów misyjnych z pomocą ojca Stanisława i kleryków. Ojciec spowiadał, uczestniczyliśmy we Mszy Świętej i w posiłku przygotowanym dla nas przez gościnnych gospodarzy. Dzielili się z nami tym, co sami spożywali na co dzień. Na stole mogliśmy znaleźć drób, wieprzowinę lub ryby. Zawsze towarzyszył im też maniok, z którego mąka jest głównym składnikiem diety Afrykańczyków. Mieliśmy też okazję spróbować lokalnego napoju – kanguji, czyli sfermentowanego soku z palmy. W międzyczasie wioskowe władze przedstawiały ojcu swoje potrzeby, np. przedłużenie lub wybudowanie nowej kaplicy w Mokero czy pomoc w naprawie cieknącego dachu szkoły w Sekia Mote. Przychodzili też ludzie z prośbą o lekarstwa i opatrunki. Rano, podczas podróży i przed położeniem się spać znajdowaliśmy czas na modlitwę brewiarzową i czytanie Pisma Świętego (po francusku), różaniec (w sango – języku miejscowej ludności) oraz lekturę duchowną. Noc w okolicach równika trwa około 12 godzin, dlatego powiedzenie „chodzić spać z kurami” nabrało szczególnego znaczenia w naszym życiu podczas tego tygodnia. Po zapadnięciu zmroku tuż po godzinie 18 tylko jedliśmy kolację i myliśmy się, by położyć się około 20. Wstawaliśmy między 5 a 6 rano. Tak wczesne pójście spać zapewniało nam sprawne i wydajne działanie w czasie każdego dnia bogatego w przeżycia i wrażenia.

Warto zwrócić uwagę na kilka aspektów, które stały się dla nas źródłem cennego doświadczenia i informacji o afrykańskim Kościele oraz jednocześnie podkreślają trafność porównania go do Kościoła czasów apostolskich. Chodzi głównie o sposób funkcjonowania wspólnot kościelnych i przeżywania Eucharystii. Społeczności katolickie w nadrzecznych wioskach są bardzo nieliczne. Działają pośród sekt i Kościołów protestanckich, często pozbawione systematycznej opieki duchowej kapłana. Dopływając do każdej z wiosek, codziennie doświadczaliśmy radości miejscowej ludności na nasz widok. Dzieci biegały wzdłuż brzegu rzeki krzycząc „Père Stani” (to lokalny „pseudonim” ojca Stanisława, którego imię sprawia mieszkańcom spore trudności przy wymawianiu), klaskały oraz śpiewały piosenki, których ojciec nauczył ich jeszcze 20 lat temu. Wysiadając na brzeg, w otoczeniu dzieci wyciągających do nas rączki na powitanie, czuliśmy się jak Apostołowie, którzy odwiedzali założone przez siebie wspólnoty. Mieszkańcy dzielili się z nami tym, co mieli najlepsze. Harcerze pomagali przenosić bagaże. Także Msza Święta przeżywana w wiosce w afrykańskim buszu pozostawia w pamięci niezatarte wrażenia. Liturgia jest bardzo żywiołowa: głośne śpiewy, rytmiczne klaskanie, taniec i krzyki ułatwiają tubylcom wyrażenie swojej wiary i uczuć. Ludzie wkładają na siebie najlepsze ubrania zrobione z kolorowych materiałów. Dzieci siedzą w pierwszych rzędach kaplicy, dyscyplinowane przez troskliwych dorosłych i siebie nawzajem, głośno śpiewając i klaszcząc modlą się tak, jak potrafią. Kilka razy przed przygotowaniem darów miała miejsce taneczna procesja z darami ofiarnymi, które potem przywieźliśmy do Bimbo. Ostatecznie w drodze powrotnej na pace samochodu podróżowały z nami trzy kozy i tyle samo kur, a bagaże były gęsto przykryte kiściami bananów różnego rodzaju.

Istotna jest też kwestia wiary lokalnych mieszkańców oraz sposób jej wcielania w życie. Olbrzymia kwota, którą trzeba zapłacić rodzinie panny młodej przy zawarciu małżeństwa, uniemożliwia wielu parom żyjącym w związkach niesakramentalnych przystąpienie do tego sakramentu. Także powierzchowność i specyficzna mentalność mieszkańców czasem utrudniają misjonarzom współpracę z nimi. Nadzieją na przyszłość są niewątpliwie dzieci, które były bardzo licznie obecne w kaplicach w każdej wiosce. Dlatego też misjonarze wkładają dużo sił w rozwój szkolnictwa tak w mieście, jak i w wioskach, by przyczynić się do wzrostu wiary i podniesienia jakości życia mieszkańców kraju.      

Kościół w RCA, choć rozwija się tylko od 130 lat, kryje w sobie ogromny potencjał. Historia opisana w Dziejach Apostolskich uczy nas, że radość i entuzjazm związane z głoszeniem Ewangelii zawsze przeplatają się z solidną pracą, cierpieniem i ofiarą. Głęboko wierzymy, że tak jak praca bezpośrednich uczniów Chrystusa przyczyniła się do rozprzestrzenienia się chrześcijaństwa po całym świecie, tak starania misjonarzy w tym kraju po wielu latach wydadzą obfity plon i sprawią, że Kościół będzie „cieszył się pokojem (…), rozwijał się i żył bogobojnie, i obfitował w pociechę Ducha Świętego” (Dz 9,31).

 

afryka 3 2018 02

afryka 3 2018 04

afryka 3 2018 05

afryka 3 2018 01