Dzisiaj:97
Wczoraj:103
W tygodniu:480
W miesiącu:2272
Ogólnie:142398

Twoje IP: 54.162.171.242 czwartek, 16, sierpień 2018 17:57

Kto jest online

Goście: 43 gości online

014 Staz misyjny w RCAPoniedziałek 28 VIII

Kartki między rozdziałami zazwyczaj bywają puste. Poniedziałek był dla nas chwilą oddechu i wydłużonej sjesty. Ojciec rozplanowuje przebieg wizyt na wioskach, a my mamy czas, aby posegregować zebrane zdjęcia i materiały filmowe. Pierwsza kartka drugiej części stażu okazała się mniej nabrzmiała w zdarzenia i wrażenia, aby tym lepiej nas przygotować na ich przyszłą obfitość.

Wróciliśmy do stolicy; Bimbo może być uważane za jej część. Bangui wzbudza różne emocje. Odmienność odniesień najlepiej może zobrazować porównanie postawy księdza Mieczysława Pająka i Huguesa. Ks. Pająk, lekko tylko wyolbrzymiam, jest chory i prawie bliski śmierci, gdy ma przejeżdżać przez drogowy ser do stolicy. Z kolei Hugues wybrał się do stolicy tylko raz, a te odwiedziny napełniły go tak nieopisanym szczęściem, że stwierdził, iż po zobaczeniu Bangui może spokojnie umrzeć.

Co by nie powiedzieć, trzeba stwierdzić, że RCA jest jednym z najbiedniejszych państw na świecie, a Bangui daje tej statystyce wymowne świadectwo. W stolicy istnieje zaledwie kilka sklepów, w których można się dopatrzyć nieśmiałej analogii do sklepów wielkopowierzchniowych w Europie. Niemniej ceny są europejskie, jeśli pod słowem europejskie, rozumieć- zaporowe. Na dodatek owe sklepy nie są prowadzone niemal wcale przez rodowitych mieszkańców Republiki, lecz bądź przez Libańczyków, bądź przez jakąś inną nację.

Bangui zaskakuje tym, że brak chodników rekompensują małe składowiska śmieci, którymi nikt się nie przejmuje. Zaskakuje grupami uzbrojonych żołnierzy, których tu i ówdzie można spotkać. Zaskakuje ponadto prowizorycznością zabudowy, która świadczy o mentalności mieszkańców żyjących z dnia na dzień.

W innych krajach, również w krajach sąsiednich, jak Demokratyczna Republika Konga czy Kamerun, istnieją wielkie obszary biedy i nieporządku, ale stolice odmieniły swe oblicza i doznały cywilizacyjnego skoku. Jaunde jest miastem zasobnym, handlowym; Brazzaville w ostatnich latach ogromnie wypiękniało. Tymczasem Bangui uczyniło raczej ruch w drugą stronę; streszczają się w nim i kumulują wszystkie bolączki i braki Republiki, które w mniejszych ośrodkach rozpraszają miłościwie niezmierzone połacie dżungli.

Pierwszym wyraźnym obrazem po lądowaniu samolotu w Bangui był obóz uchodźców. Podobny obraz wita nas zawsze, gdy pokonujemy wprost zabójcze skrzyżowanie przy kościele parafii świętego Antoniego; wokół świątyni ulokowały się ogromne namioty uchodźców. Niektórzy rzeczywiście potrzebują wsparcia; inni wynajmują pozostawione domy, a w obozach czerpią pomoc charytatywną. Nie ma człowieka, który potrafiłby idealnie rozdzielić owce od kozłów.

Każde państwo posiada swoje świętości. Świętości Republiki są cokolwiek nietypowe. Jedną z nich stanowi szlaban. Ważność szlabanu objawia się wielorako w drodze do Bangui i zaowocowała już wieloma anegdotami opowiadanymi w środowisku misjonarzy. Nie możemy odmówić sobie przyjemności wyjawienia kilku zasłyszanych anegdot.

Szlabany w RCA to tylko długie kije przecinające drogę, które służby porządkowe rękami swymi podnoszą, czasem za odpowiednią opłatą, czasem bez niej. Respektowanie szlabanu stanowi wysoki wyraz propaństwowej postawy, a jakiekolwiek wykroczenie przeciw niemu może się skończyć dla mundzia, czyli białego, wysoką opłatą. Wśród tych wykroczeń należy wymienić nadmierne zbliżenie pojazdu do szlabanu. Jeden z misjonarzy niemal przegapił szlaban i podjechał zdecydowanie zbyt blisko, co wywołało niezadowolenie stróżów szlabanu. Na szczęście siostra zakonna, która towarzyszyła mu w podróży, szybko udzieliła wyjaśnienia: otóż kierowca-misjonarz zapomniał okularów, nie widzi i tylko z tego prozaicznego powodu nie uszanował szlabanu. Strażnicy, co zaskakujące, przyjęli wytłumaczenie. Trzeba przyznać, że bardziej przekonuje ich pewność wygłaszania argumentacji niż jej racjonalność.

Innym razem misjonarz chciał zażartować z drugiego, mniej doświadczonego misjonarza i poprosił go o to, żeby wysiadł z samochodu i samodzielnie podniósł szlaban. Gdy ten, posłuszny życzeniom starszego kolegi, tylko dotknął szlabanu, zaraz zobaczył wycelowaną w siebie broń żołnierza, który nie mógł pojąć takiej zuchwałości. Ostatecznie udało się załagodzić sytuację, niemniej śmiech i strach rozkładały się w tej historii jednostronnie: starszemu przypadł w udziale tylko śmiech, a młodszemu tylko strach.

Policjanci w RCA nie wzbudzają ani szacunku, ani powagi, ani poczucia bezpieczeństwa. Gdy zmierzaliśmy do Bimbo, spotkaliśmy policjanta w stanie tak wyraźnego upojenia alkoholowego, że do tej pory nie wiemy, jakim cudem podniósł szlaban. Najwyraźniej wątły strumyk świadomości trzymał go jeszcze przy pracy, choć niemal cały tkwił już w alternatywnej rzeczywistości.

Trudno o szacunek dla służb państwowych, gdyż często wykorzystują swą władzę, aby, pod byle pretekstem, zatrzymywać samochody białych i mandatami poprawiać stan swojego portfela. Dlatego w kręgach misjonarskich powstały przeciw nim niezwykle wyrafinowane uniki. Misjonarze nie dadzą złupić się łatwo; obmyślają argumentację, która jest co najmniej tak dziwaczna, jak stawiane zarzuty.

Wielokrotnie zarzuca się misjonarzom brak włączenia kierunkowskazu. Innym razem zarzut opiera się na tym, że pasy nie zostały zapięte. Arbitralność mandatów poraża, albowiem w RCA wszelakie przepisy drogowe są permanentnie łamane, a policjanci przy wybranych samochodach nagle przypominają sobie o takich subtelnościach jak kierunkowskaz. Jeden z misjonarzy, przy próbie przyłapania na wykroczeniu drogowym, oświadczył, że on posiada nowoczesny samochód; że ma automatyczne kierunkowskazy. Nie mógł zatem zapomnieć o ich włączeniu. Milicjant wpierw zgłupiał, potem się zdumiał, następnie chwilę się zastanowił, aż w końcu przyznał rację misjonarzowi; wszakże automatyczne kierunkowskazy muszą być niezawodne.

Stan dróg w Republice mógłby być tematem osobnej tragikomedii. Przez wzgląd na sprawiedliwość, to nie policja powinna pobierać opłaty przy szlabanach, lecz kierowcy powinni otrzymywać pieniądze (choćby jako zwrot kosztów) za jeżdżenie po wielce nadszarpniętych nawierzchniach.

Drogi w RCA potrafią ujawnić różnice charakterologiczne misjonarzy. Otóż jeden z długoletnich misjonarzy, uważany przez niektórych za najstarszego misjonarza świata, słynął z gorącego temperamentu, którego określenie „choleryk” pomieścić nie zdoła. Wybrał się on razu pewnego na ruchliwe miejskie drogi z drugim misjonarzem, równie zasłużonym, lecz psychologicznie biegunowo odmiennym: uosobioną oazą spokoju, człowiekiem, który bez mrugnięcia powieką „przejdzie piekło i pójdzie dalej”, jak mawia się o jednostkach niezwykle odpornych na stres.

Gdy miejskie szaleństwo na drodze, zatrzymało tę dwójkę w totalnym chaosie, to gorąca dusza pierwszego misjonarza dała wyraz niepohamowanej  irytacji z przyczyny takich zjawisk, jak parkowanie na zakręcie albo na środku drogi, reperowanie samochodu na skrzyżowaniu czy też wchodzenie pod koła pojazdom w imię zasady, że pieszy ma zawsze pierwszeństwo. Wobec tragikomicznych okoliczności pierwszy misjonarz zapałał gniewem Europejczyka na afrykański brak porządku; drugi, paradoksalnie, umocnił się w stoickim spokoju i rzekł do wzburzonego konfratra z namaszczoną powagą i nieco flegmatycznie:

-Bracie, pozwól im być sobą.

Ten niesamowity spokój jeszcze bardziej wzburzył rozgrzanego popędliwca, a cała historia pokazuje, że misjonarze nie posiadają jednego wzorca charakterologicznego, a Pan powołuje po całym przekroju żniwa: od choleryka do flegmatyka.

Wtorek, 30 VIII

Podczas wakacji w seminarium klerycy mają tzw. tydzień roboczy. Wykonują wtedy różne prace na rzecz seminarium, zależne od aktualnych potrzeb i woli Księdza Przełożonego. Klasyką, można rzec, tygodnia roboczego jest porządkowanie pokoi po malowaniu i ścieranie plam z podłogi i mebli.

Wspomnienie seminaryjnych tygodni roboczych nasuwało się samo, gdy podjęliśmy się wtorkowych prac w Bimbo: malowania korytarza w budynku plebanii oraz czyszczenia pralni. Pomieszczenia plebanijne w porównaniu z afrykańskimi standardami czystości i tak prezentują się całkiem nieźle; niemniej wiele było do zrobienia. Drobne prace koło plebanii łatwo mogą umknąć uwadze, gdy czuwa się nad ogromną parafią złożoną z ponad czterdziestu kaplic dojazdowych. Dlatego z chęcią rozpoczęliśmy odnowę pomieszczeń, aby tym skromnym czynem wyrazić życzliwość i wsparcie dla misjonarzy.

Wieczorem rozwinęła się twórcza dyskusja o duszpasterstwie. Wątkiem pobocznym, aczkolwiek żywo nas interesującym, był temat formacji seminaryjnej. Mogliśmy być zatem zarówno przedmiotem, jak i podmiotem dyskusji.

W RCA formacja seminaryjna zdradza objawy niedojrzałości, które częstokroć towarzyszą młodym Kościołom. Klerycy wracający do swoich wiosek, często długie dni żyją bez Mszy świętej. Niejednokrotnie bardzo szybko pojawia się chęć błyszczenia i już kleryk na pierwszym roku domaga się, aby go przedstawiano, honorowano podczas liturgii. Stan duchowny kojarzy się w Republice zbyt jednoznacznie ze społecznym awansem.

Sama formacja również wykazuje wiele braków. Klerycy mają długie popołudniowe przechadzki, których charakter nie zawsze koresponduje z duchownymi zamierzeniami. Celibat jest w Republice wymownym świadectwem, albowiem większość ludzi go nie pojmuje, a niektórzy duchowni nie praktykują. Trudności z zachowaniem czystości wiążą się z naciskami, jakim podlegają klerycy w gronie rodzinnym, w którym brak żony najczęściej pojmuje się jako społeczne kalectwo. Dlatego tym mocniej razi kruchość struktur seminaryjnych, które nadmiernie otwierają się na środowiska obce duchowi ewangelicznemu.

Zarówno w Republice, jak i wielu innych miejscach, potwierdza się prawda o tym, że brak rygoru nie zapełni seminariów. A nawet gdyby rozluźnienie dyscypliny przynosiło licznych kandydatów, to wątpliwe, aby tysiące bogatych młodzieńców wzbudziło odnowę Kościoła. Najgorszy nie jest brak powołań, ale przyciąganie ich światowymi metodami. Jeśli w seminarium będzie się dużo wymagało, to być może będzie brakowało powołań. Ale jeśli nie będzie się wymagało, to na pewno będzie ich brakowało. Taką refleksję nasuwa obserwacja sytuacji w Kościele. Pocieszeniem jest tu przykład poznanego wcześniej Felicien’a, seminarzysty z RCA, który nie reprezentuje wymienionych braków, a przedstawia sobą liczne zalety ludzkie i duchowe.

Jeśli seminarium jest czasem weryfikacji swojej tożsamości, to najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest pozostawiać bogatych młodzieńców w radykalnej nieświadomości wymagań ewangelicznej drogi.

Powyższe refleksje wzbudziła lektura wywiadu z kard. Sarahem, która towarzyszy stażowi misyjnemu. W wywiadzie „Bóg albo nic” Eminencja zwierza się ze swoich doświadczeń formacji seminaryjnej w Afryce:

„seminarzystów było wielu, niemal setka; formatorom i wychowawcom, którzy byli moimi poprzednikami, z pewnością jednak brakowało rygoru. Panował swoisty rozkład moralny. Ponadto był to ośrodek, w którym mogliśmy po prostu przyjmować seminarzystów poza lekcjami, gdyż Sekou Toure wymagał, żeby młodzi uczęszczali na naukę w szkołach publicznych.

Bardzo szybko postanowiłem przywrócić prawdziwą dyscyplinę. Niestety uczniowie, pozostawieni przez długie miesiące samym sobie, nie zaakceptowali rygoru, jaki chciałem wprowadzić. Na początku musiałem stawić czoło małemu buntowi. Brak formacji duchowej był jednak znacznie głębszy, niż mogłem sobie wyobrazić.

Pewnej nocy uczeń czy grupa uczniów podłożyła ogień w kaplicy... Zażądałem więc, żeby winowajcy publicznie się ujawnili. Nikt nie chciał wziąć za to odpowiedzialności. Potem zaapelowałem do tych, którzy wiedzieli, żeby wskazali sprawców tego ciężkiego grzechu. Posunąłem się nawet do stwierdzenia, że gdyby celem tego okropnego czynu był mój pokój, to mógłbym przebaczyć. Ale kaplica jest domem Pana. Mimo moich nalegań, żeby winowajca odważnie poczuł się do odpowiedzialności, żaden z uczniów nie chciał nic powiedzieć... Oświadczyłem więc, że jeśli na temat źródeł pożaru dalej będzie panować milczenie, to podejmę decyzję o zamknięciu seminarium. Myślałem o formacji, jaką uzyskałem od biskupa Tchidimbo i wiedziałem, że na moim miejscu zdecydowałby tak samo.

Wezwano mnie do prefektury w Kindia i nakazano, żebym zmienił decyzję, gdyż do zamknięcia seminarium upoważnia mnie jakoby tylko akt antyrewolucyjny. Nie ustąpiłem jednak, gdyż uważałem, że profanacja dokonana przez seminarzystę nie może ujść bezkarnie. Służby rządowe naciskały, żebym jak najszybciej otworzył z powrotem bramy seminarium... Po raz kolejny wyjaśniłem, że nie zmienię decyzji. Jak można zgodzić się na to, żeby przyszli księża, a więc ludzie Boga, oddawali się aktom świętokradztwa? Wobec mojej determinacji i moich wyjaśnień prefekt Kindia lepiej zrozumiał, że powody mojej decyzji nie podlegają dyskusji. W końcu podporządkował się mojej decyzji. Przez cały dopiero rozpoczęty rok niższe seminarium pozostało więc zamknięte.

Na początku następnego roku poprosiłem księży o wystawienie świadectwa o dobrym sprawowaniu każdemu z dzieci wchodzących w nasze mury. Stan liczebny uczniów zmniejszył się o połowę, ale miałem pewność, że ci młodzi są zdolni wejść na drogę służenia Bogu.

Mimo tego epizodu zachowałem dobre wspomnienia z mojego życia jako dyrektora seminarium Jana XXIII. Miałem poczucie, że przekazuję wiedzę, którą tylu profesorów umiało mi dać ze ścisłością, odwagą i wyrzeczeniem.”

Owa potrzeba rygoru, którą naświetla historia Księdza Kardynała pokazuje, jak łatwo rozminąć się z tym, co niepomijalne, istotne. Ten, który ma strzec owczarni, zawsze stoi przed pokusą myślowego zrównania owiec z wilkami. Stróż nocny bardzo łatwo może przemienić się w odźwiernego dla najeźdźców. Stąd potrzeba nieustannego czuwania nad sobą, niezależnie od kontynentu.

W życiu kleryka i księdza nie chodzi o to, aby optymalnie i, po ludzku rzecz biorąc, dobrze iść za swoją wolą, ale żeby zaprzeć się swojej woli. Oto różnica między celnikiem Mateuszem a bogatym młodzieńcem. Jeśli tę różnicę zignorujemy i zapomnimy o zapieraniu się siebie samych w posłuszeństwie czynów i modlitw, to udaremnimy duchowe znaczenie wszelkich wysiłków. Ale jeśli nie zapomnimy tej tajemniczej i ewangelicznej perły, to w każdych warunkach będziemy owocować, również w warunkach afrykańskich.

Środa, 31 VIII

016 Staz misyjny w RCADzieło malowania, które rozpoczęliśmy od korytarza, a kontynuowaliśmy w pralni, zostało przesunięte na kolejny odcinek, jakże strategiczny- kuchnię. Wynieśliśmy wszystkie sprzęty kuchenne, przesunęliśmy kredensy i szafki oraz zabezpieczyliśmy je przed przypadkowym deszczem białych plam.

Musieliśmy ponadto poddać kuchenny teren oczyszczeniu z pająków. Jeśli spora ilość pająków miała zaciszne siedziby w kuchennych kątach, to my okazaliśmy się niemiłosierni i eksmisję przeprowadziliśmy szybko i skutecznie.

Elementem pracy, który przypadł Mateuszowi, było wymalowanie na zielono podstawy do lodówki. Wprawdzie wiedzieliśmy, że za lodówką uformowała się cywilizacja pająków, ale zdziwiliśmy się, gdy Mateusz odnalazł pod podstawą odchody karaluchów. Po już opisanych doświadczeniach i pracach z odchodami nietoperzy, doszliśmy do wniosku, że odchody to jakaś nasza specjalizacja. W każdym razie można powiedzieć, iż jesteśmy stworzeni zarówno do niższych, jak i, mamy nadzieję, do wyższych rzeczy.

Karaluchy są naszymi nieproszonymi współlokatorami i dały się nam poznać już od pierwszego dnia na afrykańskiej ziemi. Teraz nie dziwimy się kiedyś zasłyszanemu twierdzeniu, pewnie ukutemu przez amerykańskich naukowców, że wybuch bomby atomowej przeżyłyby właśnie karaluchy. Są bardzo szybkie, potrafią wejść w najmniejsze szpary. Są przy tym całkiem dużych rozmiarów: w nocy, po krótkim przebudzeniu, gotów byłem pomylić karalucha z myszą, od czego uchroniło mnie jedynie podwójne przetarcie oczu. Przyznam, że nie mam żarliwej miłości do tych istot i jak najrychlej wciągnę je na moją prywatną, teologiczną listę stworzeń, które pojawiły się na świecie po grzechu pierworodnym. Wyrażenie „karaluchy pod poduchy” nabrało dla nas nowego znaczenia, niekoniecznie pozytywnego.

Braterstwo w malowaniu dzieliliśmy z Afrykańczykiem o piłkarskim imieniu Thierry. Jego udział w pracy polegał na przemalowaniu zielonego paska u dołu ścian korytarza. Trzeba przyznać, że swe zajęcie wykonywał z chirurgiczną precyzją i ślimaczą powolnością; niemniej nie należymy do ludzi, którzy nie wybaczyliby tej przywary, albowiem niektórzy z nas również posiadają pewne właściwości flegmatyków.

Thierry zasługiwał na kredyt zaufania z racji dodatkowych. Otóż wczoraj przyszedł w roli artystycznego pośrednika i przyniósł nam kilkadziesiąt obrazów zbudowanych ze skrzydeł motyli.

Tutejsi artyści potrafią z setek odpowiednio uporządkowanych skrzydeł motyli utworzyć religijny wizerunek lub scenkę z życia Afrykańczyków. Gdy zobaczyłem obrazy Matki Bożej Częstochowskiej utworzone ze skrzydeł motyli, to od razu zdecydowałem się na zakupienie dziesięciu sztuk, albowiem Czarna Madonna patronuje mojej parafii w Lewniowej.

Kupiliśmy również pamiątki dla braci z rocznika oraz dla rodziny i tych, którzy wspierają nas swoją modlitwą. Transakcja zawierała obustronne korzyści; Thierry mógł nieco podreperować swój budżet, a my zyskaliśmy cenne pamiątki. Niemniej trzeba przyznać, że cena była dogodna i nie odzwierciedlała w pełni wysiłku włożonego w misterną motylową konstrukcję. Ponadto sprzedawaniu wizerunków towarzyszy łańcuch pośredników, co znacznie zmniejsza zyski jednostki.

Cena w Republice rzadko bywa czymś stałym i adekwatnym do wartości produktu. Dlatego mocni dyskutanci mogą spodziewać się większych upustów, a ufni w wiarygodność sprzedawcy- mogą zostać srodze zawiedzeni. W każdym razie ceny raczej szybują w górę, więc jako miłe zaskoczenie przyjęliśmy, iż w wypadku zakupionych obrazów, pikowały w dół. Rzadkie cenowe zjawisko przypisaliśmy życzliwości Thierry’ego oraz jakiejś domniemanej premii, którą otrzyma przy znacznej ilości sprzedanych malunków.

DOPISEK z 17 IX I 18 IX: Teraz śmieję się z powyższych akapitów, które kreśliła naiwność. Znaleźliśmy dziś obrazy, wcześniej oferowane przez Thierry’ego, lecz o połowę tańsze. Thierry nas finansowo oskubał. Niemniej zareagował na nasze skargi i, w ramach rekompensaty, przyniósł nam butelki z orzechami arachidowymi.

Czwartek, 1 IX

W Republice trenowaliśmy nową dyscyplinę sportową, którą można określić jako porządkowanie magazynów. Magazyny i ich wewnętrzne bogactwa poznaliśmy już w Bagandou, ale przyznajemy, że Bimbo postawiło przed nami nieco wyżej sportową poprzeczkę, a to ze względu na ilość rzeczy i zróżnicowanie zasobów.

Niezwyciężonym mistrzem w dziedzinie porządkowania okazał się ojciec Stanisław. Widać, że ojciec próbuje wypełnić Afrykę tym, czego najbardziej jej brakuje, a więc porządkiem. Ojciec zwierzył się nam, że gdyby był proboszczem, to swoje urzędowanie rozpocząłby od generalnych sprzątań. Wierzymy na słowo takiej deklaracji i potwierdzamy prawdziwość charyzmatu.

Istnieje wszakże jeszcze inny aspekt, który nieco tłumaczy żarliwe pragnienie utrzymania i wprowadzenia porządku. Otóż segregowanie rzeczy w Bimbo, to dla ojca coś na kształt podróży sentymentalnej. W magazynie wszystko ojcu mówi o ośmiu latach spędzonych w Bimbo. Mikrofony, głośniki, kable, taśmy, stoły do ping-ponga, zamki i klucze, śruby i gwoździe – wszystko przypomina podjęte zamysły duszpasterskie lub plany przerwane decyzją Księdza Biskupa, która misjonarza uczyniła ojcem duchownym w seminarium. Od czasu tej decyzji ojciec jest jedną nogą w Tarnowie, a drugą, przynajmniej mentalnie, w Bimbo i nie przekomarza się z Opatrznością, gdy ukaże mu możliwość postawienia dwóch nóg w RCA.

Czas w magazynie dzieli się na dwie ery: na erę sprzed przyjazdu ojca i na erę po przyjeździe. Chaos narzędzi i elektroniki stał się uporządkowanym zbiorem, swoistym mikrokosmosem.

Potwierdzamy zatem u ojca zgodnym chórem charyzmat porządkowania, ale trudno dopatrzyć się nam innego charyzmatu – afrykańskiego stylu jazdy. Gdy wybraliśmy się w odwiedziny do sióstr kombonianek, ojciec był naszym kierowcą. Prowadził po europejsku, co w okolicznościach stolicy RCA, nie zdaje egzaminu. Ostrożna i powolna jazda skutkowała wyrazami frustracji proklamowanymi przez rajdowych szaleńców, którzy w Republice stanowią drogową większość.

Tuż przed klasztorną bramą koło samochodu utknęło nieszczęśliwie w ogromnej, choć niewidocznej dziurze. Mimo rozlicznych wysiłków, nie mogliśmy wyzwolić pojazdu z drogowej opresji. Pomoc policjantki i żołnierza przezwyciężyła dopiero trudność, której sami nie pokonaliśmy. Na dodatek policjantka okazała się dawną parafianką ojca Stanisława, która pamięta jego duszpasterzowanie w Bimbo. Podziękowanie za okazaną pomoc przekształciło się w życzliwy dialog.

Siostry kombonianki przyznały, że same mają problem z drogą dojazdową do klasztoru. Pokazały nam kaplicę, w której zatrzymaliśmy się na chwilę modlitwy. Myślimy, że modlitwa jest najskuteczniejszym środkiem nauki anielskiej cierpliwości – nieodzownej w tym kraju i to nie tylko dla kierowców.

Poczęstowano nas pysznym ciastem; siostry przygotowały również świeży sok z pomarańczy z klasztornego ogrodu. Zupełnie nie rozumiemy Adama w raju, że zdecydował się na nieposłuszne zerwanie owocu, jeśli na innych drzewach były słodkości, choćby porównywalne z kosztowanym przez nas sokiem pomarańczowym.

Odwiedziny sióstr kombonianek nie zamykały bynajmniej planu dnia. Złożyliśmy jeszcze wizytę Mathieu, który buduje nowy dom. Zamysł budowy wydaje się słuszny, albowiem Mathieu jest ojcem bardzo licznej rodziny złożonej z jedenaściorga dzieci. Ufamy w powodzenie projektu, którego zaczątki zwiastują ostateczne zwieńczenie.

Składaliśmy wizyty aż w końcu nam złożono wizytę. Wieczorem zjawił się w Bimbo ksiądz Mateusz Dziedzic wraz z dwoma siostrami pasterzankami: Marią i Beatą. Ksiądz Mateusz jeszcze nie tak dawno był więziony przez żołnierzy Miskina i na własnej skórze poznał zatrute owoce ostatniej wojny. Przykre doświadczenia nie stłumiły jednak poczucia humoru, o którym zaświadczaliśmy śmiechem. Spotkanie z nim poszerzyło nasze horyzonty misyjne, a przy tym było źródłem niewyczerpanych anegdot, które włączamy w pamiętnik jako miłe i żartobliwe przerywniki. Niektóre opowieści przeniosły nas pamięcią raz jeszcze do Bagandou.

Bohaterem wielu zabawnych historii był wspomniany już Hugues – pracownik gospodarczy w Bagandou. Przez krótki czas pobytu w Bagandou dał się nam poznać jako postać osobliwa i aurę wesołości wzbudzająca, ale nie przypuszczaliśmy, że tyle legend krąży wśród misjonarzy o niziutkim Igusiu. Gdyby więcej talentu zawierało pióro skromnego autora, to uczyniłby z Huguesa kreację nieustępującą Zagłobie jako nosicielowi wątków komicznych. Tymczasem ograniczymy się do ukazania, że nie jesteśmy gołosłowni, gdy sławimy błędnego rycerza, którego przerastają ananasy.

Pewnego dnia Hugues przyszedł do Księdza poskarżyć się, iż doznał wypadku. Ksiądz dociekał jakiż to accident Huguesowi się zdarzył. Na jakimż pojeździe nasz niziutki bohater mógł spowodować wypadek? Wszakże sprzęgło samochodu przekracza możliwości jego małych nóżek.

Okazało się, że słowem accident Hugues określił przypadkowe zderzenie z dziewczynką. Wypadek więc był zderzeniem dwóch osób na podwórku, ale Hugues ubrał opis sytuacji w takie słowa, że można było odnieść wrażenie, iż połowa Republiki huczy o tym wiekopomnym zdarzeniu.

Pewnego dnia – będąc jeszcze w Bagandou- przechodziliśmy obok siedziby Huguesa, w której prasuje ubrania. Nagle usłyszeliśmy niski, gruby głos, jakoby baryton albo wycie rannego zwierza. Gdy ksiądz Pająk zapytał Huguesa, co się dzieje, ten odpowiedział, że śpiewa głosem prawdziwego mężczyzny.

Hugues jest ponad czterdziestoletnim kawalerem, który postępuje względem kobiet nie bez pewnej szlachetnej wstydliwości. Kucharką w Bagandou jest Jowa, dama niepozbawiona wdzięków. Pewnego razu ksiądz Mateusz zagadnął Huguesa o to, czy rozmawia z Jową. Użył słowa parler , ale nie wiadomo, co usłyszał Hugues, albowiem odpalił: Mon Pere, elle est mariee (Proszę Księdza, ona jest zamężna). W ten sposób okazał najwyższą czujność i wstydliwość, choć zupełnie nie odczytał intencji zawartych w pytaniu Księdza.

Sam sposób przepraszania stosowany przez Huguesa zasługuje na osobną wzmiankę. Otóż wznosi ręce do góry i trzykrotnie, powoli powtarza: pardon, pardon, pardon. Ów sposób przepraszania rozbawił nas tak szczerze, że na czas stażu nieraz drobne przewiny wzajemne łączyliśmy z tą ciekawą formułą.

Wieczór w Bimbo tkały zatem anegdoty, żarty, niesamowite opowieści. To, co przeżyło serce niejednokrotnie chcą wypowiedzieć usta. Lecz serce zawsze ma tę przewagę nad ustami, że mieści w sobie więcej niż można wypowiedzieć. Dlatego skromny autor wie, że w skończonej liczbie liter nie zawrze całego dnia ani wieczoru, ani nawet jednej godziny.

Piątek, 2 IX

I

Afrykańczycy posiadają osobliwe pojęcia czasu i przestrzeni. W określaniu zarówno jednego, jak i drugiego, operują zaledwie kilkoma kategoriami. Kiedy Afrykańczyk mówi, że jakieś miejsce jest położone blisko, to Europejczyk musi zachować najwyższą ostrożność. Mówiąc, że coś jest blisko, czarnoskóry konfrater może mieć na myśli sąsiedni dom, dwa kilometry, ale również sporą odległość, którą wszakże można pokonać w jeden pełny dzień.

O wzmiankowanej nieostrości pojęć przekonał się ksiądz Mateusz Gondek. Pewnego dnia został wezwany do chorego; zapytał, gdzie znajduje się jego dom. Usłyszał, że dom ów jest blisko, więc wybrał się pieszo. Ostatecznie okazało się, że zdążył w słońcu odmówić wszystkie części różańca zanim dotarł do chorego. Kategorie odległości u Afrykańczyków są nieostre i nie sposób przyłożyć do nich miarę europejską.

Podobnie rzecz się ma z kategorią czasu. Dlatego nie wykroczę przeciw afrykańskiej duszy, lecz dam jej pełniejszy wyraz, jeśli przy tekście z piątku umieszczę jeszcze jedno zdarzenie z czwartku. Niechże afrykański brak granic znajdzie swoje miejsce w pamiętniku.

Czwartkowe wieczory zawsze przywołują wspomnienie Wieczernika, które w Bimbo zostało zintensyfikowane przez godzinną adorację w wypełnionym ludźmi kościele świętego Antoniego. Wierni prowadzą adorację, którą tworzą śpiewy, prośby i dłuższe chwile ciszy.

Skromny autor pamiętnikowych wynurzeń miał zaszczyt ukazać ludowi Chleb Aniołów w małej monstrancji, trwać na adoracji i udzielić błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Podczas adoracji myślałem o tym, że wszystkie uczucia, życzenia i słowa, których nie mogę wyrazić z racji nieznajomości języka sango, zawrę właśnie w eucharystycznym błogosławieństwie. Trwając przy Eucharystii, nawet w ciszy, zyskujemy wielką wymowność.

Moment eucharystycznego błogosławieństwa sam w sobie wystarczyłby na długie stronice. Błogosławiąc – jestem oddzielony od ludu. Ale od ludu oddziela mnie Jezus; wznosząc monstrancję mogę powiedzieć, że Jezus ukazuje się między mną a ludem. Jest to więc dobre oddzielenie. W błogosławieństwie zamyka się więcej łask niż w samoistnej działalności, albowiem tu działa sam Bóg.

Eucharystyczne błogosławieństwo udzielone w miejscu, które stanowi dla mnie siłą rzeczy, prawdziwe peryferie, pokazało mi, że ja sam nie mam nic do ofiarowania oprócz Jezusa. Dopiero z Nim i dzięki Niemu – mogę owocnie ofiarować cokolwiek.

Nie potrafię wychodzić na peryferie, jeśli wpierw nie wejdę do izdebki. Ja nie mam nic dla ludzi, a jeśli krańce świata mnie obchodzą, to ze względu na Jezusa. To nie ja daję siebie ludziom, lecz sam Jezus udziela mnie ludowi – tak jakbyśmy się zamienili rolami i On był szafarzem, a ja – chlebem. Dlatego miłość do ludzi nic nie traci na ciągłym ukierunkowaniu siebie na Boga. Przecież Jezusowi nieskończenie bardziej zależy na Afrykańczykach niż jakiemukolwiek misjonarzowi.

Te myśli miałem w sercu, gdy wznosiłem monstrancję, najwyżej jak mogłem, pomimo mojego wzrostu hobbita. Jeśli zapomnimy o absolutnym prymacie eucharystycznej obecności, uczynimy z duszpasterstwa absolutną nicość. Eucharystyczne serce Kościoła jest prawdą niezależną od czasu i przestrzeni. Wszystko, co nie buduje na wiecznotrwałych słowach konsekracji, zawsze okaże się trawą.

II

Wieczorem rozmówiliśmy się z kilkoma osobami przy kościele. Jedną z nich okazał się Christian, który pełni urząd santinela, a więc stróża nocnegoparafii w Bimbo. Krótka, aczkolwiek życzliwa rozmowa stanowi dla nas kolejne w tym dniu ćwiczenie językowe. Christian najwyraźniej ma duszę romantyka; śpiewa wieczorami rzewne pieśni i gra na akordeonie.

Na marginesie, wprawdzie lekko rozciągniętym, warto zaznaczyć, że stróżowie są ciekawą grupą pracowniczą w Republice, która posiada jedną, wspólną, uniwersalną wymówkę. Wszelkie niedociągnięcia związane z brakiem wymaganej czujności niemal każdy santinel tłumaczy problemami żołądkowymi, a ściśle rzecz ujmując – biegunką. Gdy nastąpi włamanie lub nastanie niebezpieczeństwo, które ominie uwagę stróża, to gospodarz usłyszy najpewniej długą i barwną historię o nagłej potrzebie skorzystania z toalety, która chwilowo przerwała naprężoną i nieustanną czujność santinela. Misjonarze zweryfikowali, iż niezależnie od obszaru, stróżowie zawsze skarżą się na wzmiankowaną dolegliwość żołądkową. Nasilona częstotliwość skarg może zwiastować nie tylko zaniedbania w pilnowaniu porządku, ale też rychłą epidemię, która, poprzez brzuszne boleści, powali do łóżek akurat tę grupę ludzi.

Santinel zazwyczaj posiada krzesło, które czyni nocne stróżowanie cokolwiek wygodniejszym. Pewnego dnia jeden z misjonarzy w przypływie żartobliwości zabrał krzesło. Santinel przez całą noc nie przyznał się do utraty siedziska, albowiem źle o nim świadczyło zgubienie własnego miejsca pracy; wszakże jeśli nie może przypilnować swojego krzesła, to jakże zadba o cały dobytek.

Niemniej rano przedstawił uszom misjonarza epicką opowieść o podstępnym włamywaczu, który chytrze wykorzystał moment żołądkowego ataku. Całonocny brak drzemania, przerwany niewinnie zaledwie na kilka minut, został zdradziecko wykorzystany przez niegodziwca, który z całości dobytku za przedmiot pożądania obrał jedynie krzesło santinela.

Jakież było zdziwienie stróża, kiedy tragiczną narrację, przerywał co chwila głośny śmiech misjonarza. Santinel wolał fantazjować niż przyznać się do wstydliwej prawdy. Rozbawieniu księdza dorównywało jedynie zdziwienie stróża, kiedy zobaczył krzesło, o którym ułożył odyseję. Niemniej cała historia nie zwiększyła poczucia bezpieczeństwa, bo czuwa nad nim człowiek o większej wyobraźni niż pilności. Dobrze, że stróż stróżowi nierówny i, jak mówi Pismo, „nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem.” (Ps 121, 4)

Sobota, 3 IX

Trzeci rozdział stażu misyjnego, który stanowi pobyt w wioskach nad rzeką Ubangi, domaga się odpowiednich planów i przygotowań, które korespondują z wyznaczonymi celami wyprawy.

Ojciec Stanisław pragnie wyremontować trzy wioskowe szkoły: w Sekia Mote, Mondouli i Modale. Dzieło odnowy ma trwać prawie dwa tygodnie. Kupiliśmy farby, pędzle, rozpuszczalniki i inne konieczne rzeczy, lecz w nieco ograniczonej ilości, albowiem przed ostateczną wyprawą należy rzetelnie zweryfikować stan szkół i ich rzeczywiste potrzeby. Wieczorem najpewniej opuścimy Bimbo, aby rozpocząć weryfikację, która potrwa do poniedziałku. Bez wstępnego rozpoznania podjęte wysiłki mogłyby rozminąć się z rzeczywistością.

Na czas wyjazdu uzbroiliśmy się w konserwy, chleb, naczynia oraz sprzęt elektroniczny potrzebny do odtwarzania filmów we wioskach. Przygotowaliśmy wodę pitną, której brak stanowi jeden z najbardziej palących problemów sektora rzecznego. Wszechstronnie zaopatrzeni moglibyśmy być oskarżeni o obrabowanie jednego ze sklepów w Bangui, ale wcale nie naśladujemy Robin Hooda, który zabierał bogatym, a dawał biednym. W RCA można się przekonać, jak złożoną kwestię stanowi pomoc potrzebującym. Złożoność tej sprawy jest tak wielka, że pewnie jeszcze kilkakrotnie wybrzmi w pamiętniku.

I właśnie dochodzimy do miejsca, w którym narrator pragnie wytłumaczyć się z manewru literackiego, który za kilka akapitów zastosuje. Otóż do tej pory wielobarwna, potężna rzeka zdarzeń nie rozwarstwiała się, lecz płynęła jednolicie. Uczestnicy stażu w każdym dniu w najbardziej istotnych punktach cieszyli się, że tak rzecz ujmę, jednością czasu, miejsca i akcji. Węzłowe zdarzenia przeżywaliśmy razem. Stosowanie liczby mnogiej nie było przypadkiem. Ta jedność jednak na krótko została przerwana przez historię pewnej dolegliwości, o której nieśmiało napomknę. Odtąd, myślę, że na krótko, rzeka zdarzeń rozgałęzia się i płynie dwoma torami. Ojciec Stanisław Wojdak, Wojtek i Mateusz wypłynęli rozpoznać sytuację we wioskach, a skromny skryba pozostał w Bimbo wraz z misjonarzami.

I

Misjonarze mawiają, że jeśli przeżyje się pierwszą porę deszczową w Afryce bez żadnych dolegliwości skórnych, to należy odtrąbić rzadko spotykany sukces. Najczęściej jakaś przypadłość, wprawdzie drobna, lecz dokuczliwa, zdarzy się i udowodni białemu, że nie jest Afrykańczykiem.

Schorzenia skórne zaskakują czasem i miejscem pojawienia się. Jednemu z misjonarzy wyrósł guzek na przedramieniu, który doskwierał tak dalece, że uniemożliwiał kierowanie samochodem. U innego księdza zakotwiczył się mały robaczek, a za swą siedzibę obrał pierś. Prasowanie nie jest tutaj tylko zabiegiem estetycznym, ale jak najbardziej higienicznym, albowiem zmniejsza ryzyko podrażnień i obecności na ubraniach różnorakich tajemniczych robaczków.

Dziedzictwo skórnych dolegliwości przypadło w udziale skromnemu narratorowi. Z dnia na dzień coraz większą dokuczliwość objawiał spory ropniak, który utrudniał schylanie się i siedzenie. Moi konfratrzy nieco się dziwili, że ten, który zazwyczaj ma tempo szachisty – zwolnił jeszcze bardziej, a to właśnie za sprawą złośliwego ropniaka, którego istnienie początkowo utrzymywałem w sekrecie.

Wzmiankowana uciążliwość guza wzrastała niepomiernie ze względu na mało chwalebne miejsce, w którym się pojawił. Narrator nie chce nadmiernie epatować sobą, jak to czynią tandetni pisarze współcześni i zmilczy dokładną lokalizację ropniaka albo raczej pozostawi ją domyślności czytelnika.

W każdym razie wyjawiłem konfratrom moją, niezbyt wzniosłą, przypadłość. Ostatecznie ropniak pękł jeszcze przed wizytą u lekarza, co zminimalizowało problem. Niemniej odradzano mi uczestnictwo w rozpoznawczej wyprawie do wiosek. Wskazówkę przyjąłem i zostałem w Bimbo aż do poniedziałku. 

Wypada teraz przejść do szczytniejszych zagadnień, aby nie znużyć niskim tematem. Dodam tylko, że skarga Psalmisty zawarta w brewiarzowym wersecie: „Moje rany cuchną i ropieją”, dopiero w tym czasie nabrała głębszej zrozumiałości.

Pozytywnym aspektem sobotniego popołudnia była dla mnie wizyta w klasztorze sióstr benedyktynek. Zgromadzenie ma charakter kontemplacyjny. Klasztor w Bimbo liczy sześć sióstr: pięć Kongijek i jedną Włoszkę. Przewodnikiem krótkich odwiedzin był ksiądz Michał Rachwalski, który ustalił, że odprawi Mszę w kaplicy sióstr w poniedziałek. Otrzymaliśmy od sióstr porządne komunikanty, które stanowią prezent niezwykle użyteczny. Afrykańskie komunikanty kruszą się bowiem niesamowicie i mają często nieostre krawędzie, co sprawia, że szafarz musi się bardzo utrudzić, aby okazać pełny szacunek eucharystycznej tajemnicy i nie rozsypywać partykuł.

Ośrodek zdrowia sąsiaduje z klasztorem, więc odwiedzinom duchownym mogło towarzyszyć ustalenie terminu konsultacji medycznej w sprawie mojej dolegliwości. Ponadto kupiliśmy u sióstr jajka, których ceny ostatnio niebotycznie wzrosły i tylko siostry utrzymują je na normalnym poziomie. W ten sposób wiele spraw i załatwień znalazło w jednym miejscu pozytywne rozwiązanie.

II

Samochód wyjeżdżający z Bimbo był obładowany nie do opisania; dlatego nie podejmę tego wysiłku skazanego na niepowodzenie. Można tylko stwierdzić, że pierwszą odbytą weryfikacją okazało się sprawdzenie mostku na drodze do Limassy, który miłosiernie przyjął załadowane tony.

Sektor rzeczny posiada swoją specyfikę, o czym przekonuje ojciec Stanisław. Mówi, że kto nie był w wioskach nad Ubangi, ten do końca nie wie, czym jest Afryka. Miara wiedzy odtąd będzie się systematycznie napełniać.

Plan wyprawy rozpoznawczej rozpoczynał zamiar dotarcia do Bomboko, oddalonego o sześćdziesiąt kilometrów od stolicy. Bomboko to najbardziej wysunięta wioska; ostatnia, która przynależy do parafii świętego Antoniego w Bimbo. W Bomboko ojciec nie planuje odnawiać szkoły, lecz chce ofiarować wiosce dar jeszcze cenniejszy – niedzielną Eucharystię. Po niej, powoli wracając do stolicy, konfratrzy nawiedzą wybrane wioski wraz ze szkołami.

Piszę na razie o punktach podróży, lecz wszystkie słowa byłyby zawieszone w próżni, gdyby nie poświęcić uwagi sposobowi podróżowania. Otóż środkiem transportu stała się ogromna piroga, którą wynajął ojciec Stanisław. Tutejsi mieszkańcy napędzają pirogi siłą pracy rąk i wioseł, ale ekipa odnowicieli szkół była w szczęśliwszej sytuacji, albowiem motor nadawał prędkość łodzi. Gdyby wprowadzanie w ruch pozostawić siłom tylko ludzkim, bez mechanicznego wsparcia, to niewątpliwie w Afryce kilku białych pozostawiłoby wyplute płuca. Sam załadunek był potężną operacją logistyczną, którą rzadko chyba widzą te ziemie.

Niedoświadczeni stażowicze docenili walory pirogi, przede wszystkim jej wielkość i stabilność. Wojtek mógł spokojnie chodzić po łodzi, a nawet, co podpowiadała mu jego niespokojna natura, grać na gitarze i kręcić filmy. Dostrzeżono również walor szybkości, szczególnie wtedy, gdy kapelusz Wojtka uległ powietrznym naciskom, zleciał z zacnej głowy i prawie wpadł do rzeki.

Ogromne drzewa wyrosłe w dżungli stanowią dobry materiał na pirogę, którą można by nazwać rzeźbą w drewnie tworzoną dla celów praktycznych, a nie artystycznych. Owe łodzie mają różnorakie rozmiary, o czym stażowicze przekonali się podczas przepływu, mijając mnóstwo współuczestników ruchu rzecznego.

Ludzie stawali na brzegu i przyglądali się braciom z zaciekawieniem. Wypatrując ludzików na pirodze, nie przyjmowali bynajmniej statycznej postawy, lecz najczęściej słali pozdrowienia, żywo machali rękami. Wśród witających prym wiodły dzieci. Najgłówniejszą przyczyną tych reakcji, nacechowanych spontaniczną radością, był ojciec Stanisław, którego postać bardzo dobrze zapisała się w pamięci mieszkańców wiosek. Pere Stani był witany ze szczerym entuzjazmem, który całą ekipę nastroił bardzo pozytywnie.

Ekipa zaś posiadała znacznie więcej członków niż do tej pory wskazywałaby opowieść. Wypada poświęcić nieco miejsca afrykańskim konfratrom, od których w niemałej mierze zależy powodzenie remontowych zamiarów.

Towarzyszem, którego należy wymienić w pierwszej kolejności z racji poważnego wieku i wielkiej usłużności dla polskich misjonarzy, jest Mathieu Bombomako. Mathieu dał się poznać już podczas pierwszych dni w Bimbo jako uczestników rozmów po porannych Mszach. Nosi spory, zdobny krzyż, przez co początkowo można by go uznać za jakąś znaczną kościelną osobistość, chociaż jest tylko katechistą. Łatwo nawiązuje kontakt i posiada niewątpliwy zapał nauczycielski i katechetyczny. Ma talenty przywódcze, a przy tym lubi i chce przewodzić, choć zarazem potrafi się podporządkować decyzjom misjonarzy. Jeśli piroga byłaby statkiem, to Mathieu zasługiwałby na tytuł kapitana. Siedzi przy motorze i czuwa nad prawidłowym przebiegiem przepływu.

Drugim konfratrem, już wcześniej wzmiankowanym, jest Thierry. Pośredniczył przy kupnie obrazów i ostatecznie nieco nas oskubał z pieniędzy. Niemniej odkupił nieco tę sprawę, albowiem ofiarował nam w prezencie orzechy arachidowe. Afrykańczycy mają silne pragnienie znalezienia łatwego zysku przy niewielkim wkładzie własnym. Thierry nie jest wolny od tego pragnienia, choć pomimo niego potrafi wykazać się zaradnością i zmysłem praktycznym.

Cleveront, Michel i Gaius zamykają liczbę członków ekipy. Ostatni z wymienionej trójki prowadził budowę owych trzech szkół i kilku kaplic. Wszyscy są jakoś związani z parafią w Bimbo. Cleveront, Thierry i Michel niemal wychowywali się przy parafii i do tej pory nie  wyszli całkowicie z orbity duszpasterskiego oddziaływania księży. Poza Michelem wszyscy pozakładali już rodziny. Ich postaci, teraz może nieco tajemnicze, z upływem dni w wioskach dadzą się zapewne lepiej poznać.

Bomboko nie ustępowało w życzliwości wcześniejszym wioskom; wręcz przeciwnie: radość pomnażało to, iż właśnie do miejsca na końcu świata, dobiła wielka piroga. Kiedy ekipa wychodziła z pirogi mnóstwo Murzynków podawało ręce i chciało dotknąć przybyszów. Na moment moi bracia czuli się jak odkrywcy nowych lądów.

Przy rozładunku okazało się, że nie zabrano chleba. W związku z tym nie dokonano wprawdzie cudu rozmnożenia, lecz znoszono konsekwencje zapomnienia; do poniedziałku jest to możliwe. Czasem przy wielkich wyprawach zadba się o najdrobniejsze szczegóły, ale uwadze uleci jedna ze spraw podstawowych. Niemniej niedociągnięcie może być naprawione; wstępne rozpoznanie służy nie tylko weryfikacji szkól, ale też weryfikacji ekwipunku.

Wieczorem bracia rozłożyli sprzęt potrzebny do wyświetlenia filmu. Cała wioska niemal skakała z radości. Ojciec Stanisław pamięta ciekawe historie z wyświetlaniem filmów dla mieszkańców wiosek. Kiedy pewnego razu oczom mieszkańców ukazały się filmowe sceny z życia Jezusa, pojawił się również frapujący problem: Jak to można było tak nagrać? Wyrazicielem pytania okazał się katechista. Afrykańczycy inaczej rozumieją i interpretują sprawy, które z perspektywy Europejczyka są oczywistościami; dlatego trzeba starannie dobierać filmy. Ojciec zawsze chce ukazywać chrześcijańskie przesłanie. W Bomboko mieszkańcom zaproponowano film o objawieniach w Lourdes. Wojtek stał się sobotniego wieczoru animatorem muzycznym dla dzieci. Powtarzał dzieciom piosenki, które ojciec niegdyś, podczas wcześniejszego stażu, przygotował i wykorzystywał przy różnych okazjach. Piosenki przyjęły się i do tej pory znają je najmłodsi, zarówno w Bimbo, jak i w sektorze rzecznym.

Wieczorem bracia mogli się poczuć trochę jak biblijny Samuel, albowiem z konieczności spali w małej kaplicy w Bomboko. Wieczór ponadto stanowił, można rzec, lekcję biologii opartą na obserwacji. W sektorze rzecznym liczne owady ożywające o zmierzchu nie dziwią nikogo. Bomboko, według opinii Mateusza, najbardziej jest w owady zasobne, a ich ilość przeszła najśmielsze wyobrażenia stażowiczów. Moskitiery stanowią zatem konieczne wyposażenie w wyprawie. Są to siatki, które na kształt namiotu rozciąga się przy materacu, aby wykluczyć obecność komarów i innych nocnych poszukiwaczy przestrzeni do gryzienia. Bez moskitier bracia mogliby stać się w Bomboko chodzącymi bąblami.

Niedziela, 4 IX

I

Suma w Bimbo ma może nietypową porę w kontekście polskich zwyczajów i rozpoczyna się o szóstej trzydzieści. W tę niedzielę przewodniczył jej biskup Tadeusz Kusy, biskup Kaga Bandoro. Liturgia była zatem szczególnie uroczysta. Pół godziny przed Mszą ogromny kościół był już zapełniony, a jakiś animator muzyczny przeprowadzał próbę śpiewów z wiernymi. Warto zaznaczyć dobre przygotowanie ministrantów. W podejmowanych akcjach liturgicznych są pewni, samodzielni i, rzadki to przymiot w Afryce – zdyscyplinowani. Służba liturgiczna liczy ponad dziewięćdziesiąt osób i myślę, że nie miałaby czego się wstydzić w porównaniu z polskimi odpowiednikami. Widać tu poważną pracę u podstaw księży z tutejszej misji. Ministranci i lektorzy już pół godziny przed Mszą formowali procesję. Czytania podczas liturgii wykonują dobrze przygotowani dorośli. Proklamacja Słowa Bożego jest zatem godna i zrozumiała dla ludu, co nie zawsze się udaje w polskich warunkach, kiedy młodziutki lektor potrafi doskonale zamordować czytanie, a wierni mogą o owym czytaniu powiedzieć tylko tyle, że było.

II

Litrugia niedzielna stanowi w wiosce nad rzeką wielkie święto całej wspólnoty. Bomboko napełniło się radością. Ponadto weryfikacja stanu szkół przebiega pomyślnie. Wojtek sporządził dokładne listy potrzebnych rzeczy. W Modale potrzebne są: trzy worki cementu, cztery zamki z kluczami, czarna farba do tablic, cztery żółte farby, dwa wiadra. W Sekia Mote szkoła wygląda lepiej; jest nowsza, a budował ją ojciec Stanisław wraz ze stażowiczami – cztery lata temu. W Mondouli jest podobnie jak w Modale., lecz zaangażowanie lokalnej wpólnoty jest nieco większe.

Poniedziałek, 5 IX

Szybki powrót do Bimbo grupy rozpoznawczej na nowo zjednoczył wspólnotę; zdarzenia znowu płyną jedną rzeką. Niemniej widać wyraźnie, że zapiski będą musiały nabrać lakoniczności. W sektorze rzecznym będzie brakowało dwóch rzeczy, które narratorowi umożliwiały większą obfitość w pisaniu, a więc: prądu i czasu. Nikłe światło latarki czy lampki w porze wieczornej nie sprzyja produkowaniu wielu zdań wielokrotnie złożonych. Dlatego narrator dokona małego ćwiczenia ascetycznego i sprawdzi zdolność do małomówności. Niech żyje zwięzłość! A zatem szybko wracamy do wiosek; tym razem prawie na dwa tygodnie. I w pełnym składzie.

Wtorek, 6 IX

Jesteśmy w Modale. Odnawiamy szkołę. Malujemy okienka zwane klostrami, czyścimy i malujemy drzwi, sale, tablice. Otrzymujemy trochę pomocy od tutejszej wspólnoty, lecz nie wszyscy patrzą na nasze działania z życzliwością. Młodzież chciała wyłudzić od nas piłkę. Chłopaki udawali, że nie mają piłki, aby ją otrzymać. Gdy nie osiągnęli celu, zaczęli grać futbolówką, której rzekomo, początkowo – nie posiadali. Na obiad - zupa ziemniaczana, którą przywieźliśmy w torebkach z Polski. Przekonujemy się, że maniok lepiej smakuje w warunkach wioskowych. Mamy okazję kosztować afrykańskiej kuchni. Obchodząc urodziny, napiłem się trochę soku z palmy. Nazywa się ów sok kanguja.

Środa, 7 IX

Dziś wieńczymy remont szkoły. Na ziemię spadł obfity deszcz. Błoto było tak duże, że  sandały chyba potroiły swoją wagę. Mimo tego wieczorem wyświetliliśmy film o Mojżeszu, który zgromadził chyba całą wioskę. Poznaliśmy nauczyciela o imieniu Jean Eudes. Ciągle pomagał nam w remoncie i wydaje się człowiekiem odpowiedzialnym. Ojciec Stanisław myśli nad tym, jak zapewnić funkcjonowaniu szkoły ciągłość, aby odnowa nie była chwilową poprawą.

Czwartek, 8 IX

Przypłynęliśmy do Mondouli. Powtarzamy prace, które wykonaliśmy w Modale, lecz tu spotykamy się z pomocą niemal całej wspólnoty. Przyzwyczajamy się do kąpieli w rzece, braku jakichkolwiek toalet, jedzenia manioku i makongo czyli przysmażonych gąsienic. Smakują jak skwarki.

Piątek, 9 IX

Czyszczenie podłóg po malowaniu. Obfitość mrówek. Jesteśmy zdziwieni żywiołowymi reakcjami na zdjęcia. Szczególnie dzieci ze zdjęć mają wielką radość.

Sobota, 10 IX

Rano pospiesznie chroniliśmy ławki wyniesione ze szkoły przed deszczem, który stukaniem o blachę, zbudził nas i zaalarmował. Udało się zmieścić we wcześniej wyznaczonych progach  czasowych, co przypisujemy pomocy afrykańskich konfratrów. Na czas pojawiliśmy się w Sekia Mote. Wieczorem tradycyjnie oglądaliśmy film o życiu Mojżesza wraz z całą wioską. Na kolację zjedliśmy koguta z maniokiem. Spotkaliśmy się z katechistą i dostrzegamy, jak wiele od katechistów zależy w dziedzinie formacji wspólnoty. Niemniej nie wszyscy katechiści żyją zgodnie z duchem chrześcijaństwa.

Niedziela, 11 IX

Podczas niedzielnej Eucharystii byliśmy świadkami włączenia kilkunastu wiernych do wspólnoty Kościoła poprzez chrzest. Na obiad zjedliśmy małpę – pewnie pierwszy i ostatni raz w życiu. W sektorze rzecznym istnieje przesąd, iż księża chodzący po wiosce na bosaka, ściągają nieszczęścia. Wojtek i Mateusz wywołali przerażenie swoim spacerem na bosaka. A oni tylko nie chcieli lepić błota do butów.

Poniedziałek, 12 IX

Ludzie bardzo nam pomagają, więc praca idzie szybko. Mieliśmy czas, żeby wybrać się do lasu. Zobaczyliśmy roślinę manioku, mandarynki, kawę, przechodziliśmy przez błotny potok. Piękne świadectwo dali nowo ochrzczeni; przyszli rankiem na Mszę świętą, choć ojciec Stanisław jej nie zapowiadał w niedzielę. Przyjęli drugi raz w życiu Komunię świętą. Widzieliśmy produkcję kanguji, napoju, że tak powiem, narodowego. Jest to sok z palmy, który po jakimś czasie fermentuje. Wieczorem znowu wyświetliliśmy film o Mojżeszu. Moment zamienienia laski w węża, to chyba najbardziej ekscytujący dla Afrykańczyków fragment. Dzieło odnowy szkół zwieńczone!

Wtorek, 13 IX

Po opuszczeniu Sekia Mote zatrzymaliśmy się na chwilę w Mokelo. Tam spostrzegliśmy szkielet człowieka w ziemi. Niemiłosiernie działająca erozja sprawiła, że woda wypłukała ziemię i odsłoniła ów szkielet. Przyjechaliśmy do Nzimby, największej wioski w sektorze rzecznym. W Nzimbie można już kupić napoje; ludzie mają studnię głębinową, co stanowi wielkie dobro, albowiem nie są skazani na wodę z rzeki. Wody Ubangi są brudne i picie tej wody niejednokrotnie prowadziło do epidemii cholery. Niemniej ludzie we wszystkich wioskach korzystają z rzeki. Studnie jawią się jako pierwsze na horyzoncie potrzeb tutejszych mieszkańców.

Środa, 14 IX

Msza w Ndimbie była niezwykle uroczysta. Dyscyplina ministrantów niemal wzorcowa, a jest ich około dziewięćdziesięciu. Nowi harcerze złożyli swe przyrzeczenia i trzeba przyznać, że stanowią elitę wioski. Zarówno bolączki, jak i promyki nadziei wskazują na wielką potrzebę posługi kapłańskiej, która w wioskach, siłą konieczności, jest nieregularna. Ojciec Stanisław przed Mszą spowiadał prawie przez trzy godziny.

Czwartek, 15 IX

Zbudziło nas deszczowe bombardowanie w blachę dachu kościoła. Nieustępliwy deszcz towarzyszył nam w całej drodze do Bangui, lecz już mżył, a nie bombardował. W Bimbo spotkaliśmy księdza Jacka Kwieka i księdza Pawła Wróbla, którzy wrócili z urlopów w Polsce i pracują w parafii świętego Antoniego. Wieczorem spotkaliśmy się z członkami wspólnoty Mariage pour tous, którą tworzą młode małżeństwa. Udzielają wsparcia narzeczonym, którzy w tutejszym kontekście kulturowym na drodze do sakramentu spotykają nieustanne przeszkody. Wierność małżeńska jest tutaj jak wyznanie wiary. Można powiedzieć: jeden Bóg, jedna wiara, jeden Kościół, jeden chrzest, jedna żona...

Piątek, 16 IX

Spotkaliśmy się z rodziną, którą wspierają klerycy tarnowskiego seminarium. Marina skończyła studia dzięki tej pomocy. Pod koniec stażu odbyliśmy wyprawę po pamiątki. Żywioł dyskutowania, któremu oddają się tutejsi sprzedawcy doprowadza na skraj wyczerpania nerwowego. Niemniej nabyliśmy kilka hebanowych figurek, afrykańskie krzesła, afrykańskie koszule...

Sobota, 17 IX

Pogrzeb w RCA ma nieco odmienny charakter niż w Polsce. W duszy Afrykańczyka panuje brak granic; radość zlewa się ze smutkiem, powaga z komizmem, a rozrywka z kultem. W ten sposób próbuję zinterpretować używanie perkusji na pogrzebie czy też dominację niebieskiego i różowego pośród pogrzebowych wystrojów. Niemniej chyba nie wszystko da się zrozumieć. Wieczny pokój dla duszy Bernarda...

Wieczorem spotkaliśmy się z rodziną Rudolfa, która ofiarowała nam wspaniałe świadectwo. Rudolf przyjął trójkę dzieci oskarżonych o likundu i w ten sposób uratował im życie. Gdy myślę o tym spotkaniu w mojej głowie pojawia się biblijne określenie: Reszta Izraela.