Dzisiaj:91
Wczoraj:452
W tygodniu:1049
W miesiącu:3646
Ogólnie:114094

Twoje IP: 54.196.2.136 piątek, 28, lipiec 2017 14:41

Kto jest online

Goście: 2 gości online

19 VIII (piątek)

Trwałymi punktami dnia ulokowanymi w jego początkach jest jutrznia w języku francuskim z Mszą świętą w języku sango. Po śniadaniu z kolei z podobną niezmiennością modlimy się Godziną czytań, lekturą Pisma Świętego, lekturą duchowną i różańcem odmawianym po francusku.

W czytaniu Pisma Świętego przyjęliśmy, iż czytamy Ewangelię Mateusza, codziennie po dwa rozdziały: jeden po polsku, a drugi po francusku. Za lekturę duchowną służy nam wywiad z kardynałem Robertem Sarahem zatytułowany „Bóg albo nic”. Książka ta doskonale wpisuje się w nasz staż, albowiem jej autor jest człowiekiem głęboko duchowym, a przy tym pochodzi z Afryki, dokładnie z Gwinei, i opisuje różnorakie społeczne uwarunkowania swego kraju oraz radości i trudności, jakie go spotykały, co daje cenny wgląd w oblicze tego kontynentu.

Różaniec z kolei nie tylko nastraja nas do przeżywania późniejszych prac w obecności Bożej, ale jest też dobrą okazją do poprawiania fonetycznych niedoskonałości naszej francuszczyzny, które wychodzą na jaw przy odmawianiu Modlitwy Pańskiej i Pozdrowienia anielskiego. Ową posługę fonetycznego korektora miłościwie i z pożytkiem dla nas przyjął ks. Mieczysław.

Podzieliliśmy się na dwie grupy, aby lepiej spełnić stojące przed nami prace. Ja stałem się pomocnikiem o. Stanisława w dziele ukończenia porządkowania kontenera; z kolei Mateusz i Wojciech dołączyli do ks. Mieczysława i pomagali mu w malowaniu kątowników i, że tak powiem, zajęciach blacharskich, pośród których najgłówniejszym było wykreowanie machiny do wyginania blachy. Celem tych wynalazczych usiłowań jest zapełnienie górnych partii budowanego kościoła materią inną niż samo tylko powietrze, to jest szczelnym dachem, który będzie odporny na ataki deszczu. Ponadto, podług konstrukcyjnych zamysłów, na dachu, nad ołtarzem, mają się znajdować dwie przeźroczyste plastikowe płyty, które uczynią wnętrze jaśniejszym oraz wskażą rzucanym snopem jasności na centralne znaczenie ołtarza i Najświętszej Ofiary.

007 Blaszana robotaBlaszana robota

Śmiałe idee budowlane ks. Mieczysława spotykają się z pewnymi przeciwnościami: brakiem odpowiednich narzędzi, trudnościami w transporcie potrzebnych rzeczy oraz problemem ze znalezieniem wykwalifikowanych robotników. Ostatnio na przykład ciężarówka wypełniona cementem przeznaczonym do budowy kościoła utknęła w drodze z Bangui do Bagandou. Żeby zrozumieć, jak to jest możliwe, trzeba by samemu przejechać tę trasę; myślę, że uczestnicy Rajdu Dakar dla podniesienia poziomu trudności mogliby przenieść się do RCA. Droga do Bagandou bywa testem wytrzymałości dla samochodu i niejeden pojazd mechaniczny nie wychodzi z tego testu zwycięsko. Wobec wymienionych okoliczności pracy misyjnej ks. Mieczysław musi pełnić niekiedy kilka oryginalnych ról i podejmować się tych prac, które akurat są możliwe do wykonania, nawet gdy czasem przeczą naturalnej chronologii budowy. Owe okoliczności zmuszają go niekiedy do przyjęcia roli elektryka, hydraulika, budowniczego, mechanika czy cieśli. Ta swoista wielofunkcyjność misjonarza uwyraźniła się naszym oczom właśnie przy potrzebie cięcia i wyginania blachy.

Ksiądz Mieczysław posłużył się bowiem w realizacji tego zadania pewną machiną. Przygwoździł do drewnianego stołu z narzędziami kawałek dokładnie wymierzonego żelastwa, które, odpowiednio obracane, ma uczynić blachę uległą życzeniom misjonarza. Ten uproszczony opis nie oddaje całej przemyślności wynalazku, jak i całodniowej gonitwy myśli, poszukiwania narzędzi i niezliczonych kropel potu wstępujących na czoło. Niemniej wieczór nastawił wszystkich optymistycznie, gdyż ów wynalazek został ukończony. Jutro będzie testowany, zostaną mu poddane eksperymentalne kawałki blachy.

Oprócz tego Mateusz i ksiądz zakładali panele słoneczne na dachu w domu sióstr kombonianek. Panele są dla misji jedynym źródłem pozyskiwania prądu. Z kolei „grupa kontenerowa” zwieńczyła porządkowanie tego wielkiego, pełnego prostokąta niemal równolegle z drugą grupą pracujących. A zatem wszyscy wracaliśmy do domu na posiłek zmęczeni, ale usatysfakcjonowani.

Na kolacji, tak jak w poprzednich dniach, popularnością cechowało się ciasto pani Magdaleny, dla którego naturalną opozycję stanowił maniok. Maniok jest najbardziej podstawowym pożywieniem tutejszych ludzi. Nie da się go jeść na surowo. Doświadczeni w afrykańskiej kuchni misjonarze wyrazili o tej roślinie sądy cokolwiek negatywne, ale przy tym – bardzo humorystyczne. Stwierdzono zatem, że maniok smakuje jak kamień obtoczony w cemencie. Powiedziano, że w manioku najlepsze jest to, co neutralizuje jego smak – a więc to, co się je poza nim samym. Podczas sądu nad maniokiem stwierdzono ponadto, iż zupełnie zapycha człowieka i chyba tylko po to się go je. Niemniej, mimo wszelkich obiekcji, trzeba przyznać oskarżonemu tę zasługę, że podtrzymuje przy życiu wielu najbiedniejszych, albowiem stanowi pokarm najbardziej dostępny. Ponadto maniok maniokowi nierówny, albowiem istnieje wiele rodzajów tego daru ziemi, który nie pozwala się podpiąć pod jeden smakowy mianownik.

Afrykanie zatem często jedzą maniok z różnymi dodatkami i w ten sposób oddalają od siebie głód. Ponadto po jedzenie przychodzą do swojej lodówki, którą dla nich jest dżungla. Żyją przede wszystkim dzięki temu, co uzbierają. Trzeba bowiem przyznać, że produkcja własna i zaplanowane gospodarowanie są w RCA na minimalnym poziomie.

A zatem, mimo wszystkich docinek formułowanych z przymrużeniem oka, maniok może zostać usprawiedliwiony.

20 VIII (sobota)

Długość bycia misjonarzem można poznać po sposobie jedzenia zupy. Młody misjonarz, gdy tylko mucha wpadnie mu do zupy, zaraz ją wyciąga i wyrzuca. Trochę starszy misjonarz w sytuacji lądowania owada na talerzu po prostu go zjada. Z kolei sędziwy misjonarz sam łapie muchę i wrzuca ją do zupy.

Ten żart opowiedziany przez księdza Mieczysława ukazuje pewną ewolucję człowieka, kiedy znajduje się daleko od swego kraju ojczystego. Ta ewolucja dotyczy małych lęków związanych z tym, co uważamy za wstrętne i odpychające. Myślę, że przechodzimy na stażu podobną przemianę, oczywiście w malutkiej skali, z mała siłą i w krótkim czasie.

Przed stażem człowiek mógł sobie bowiem wyobrażać wielkie pająki, karaluchy, jaszczurki i muchy, przypuszczając, że będzie się tego niewątpliwie jakoś bał. Kiedy jednak przyjedzie się już na krańce świata, to takie proste lęki jakoś automatycznie mijają. Przekonaliśmy się o tym, gdy podczas sprzątania natrafialiśmy na myszy albo widzieliśmy wielkie pająki na ścianach. Nawet w kościele jest czymś normalnym jaszczurka spacerująca po ścianie. I jakoś nie wpadamy w panikę, a Mateusz stał się wręcz nielitościwym zabójcą dla owadów, które zbyt nachalnie wkraczają w jego pole widzenia.

Podczas śniadania wywiązała się rozmowa, którą można by nazwać dwugłosem duchownym na temat pracy fizycznej w życiu księdza. Ów dwugłos tworzył ojciec Stanisław wraz z księdzem Mieczysławem. W dialogu na temat potrzeby pracy fizycznej i ludzkich wysiłków w życiu księdza zaznaczała się zastanawiająca paradoksalność nastawień. Otóż ksiądz Stanisław, który pełni posługę ojca duchownego w seminarium, miałby wszelki mandat, aby z całą mocą podkreślić prymat życia duchowego w życiu kapłana. Tymczasem on właśnie podkreślał znaczenie zewnętrznej dyscypliny i podejmowania bardziej prozaicznych prac; zaznaczył, że kapłani nie powinni się zbyt łatwo tłumaczyć, iż są stworzeni do wyższych rzeczy. Zauważył, że czasem dystans do pracy, a nawet zwykły nieporządek, może nosić znamiona braku świadectwa, a drobne rzeczy mają swoje duchowe znaczenie, którego nie należy bagatelizować.

Te uwagi zostały uzupełnione przez księdza Mieczysława. Ów misjonarz z kolei miałby wszelki mandat, żeby kilkoma kreskami podkreślić konieczność wszechstronnej aktywności księdza, również na polu pracy fizycznej. Ten, który łączy role robotnika, mechanika, budowlańca, hydraulika czy elektryka, mógłby gwałtownie wystąpić w obronie ewangelicznej Marty. Tymczasem właśnie on dopełnił wypowiedź ojca Stanisława, dowodząc, iż ksiądz otrzymuje wszechstronną pomoc od ludzi i to jest dobre, a główne pytanie dotyczy wykorzystania tego czasu przez księdza. Kapłan nie musi absolutnie wszystkiego doglądać, sprzątać i sam robić, albowiem istnieją słuszne zakresy odpowiedzialności świeckich za parafię. Ale czas, który, można powiedzieć, otrzymuje w darze od Ludu Bożego, domaga się bardzo dobrego wykorzystania. To, że ksiądz nie podejmuje jakiejś pracy, może dać mu czas na modlitwę lub lepsze przygotowanie kazania, ale może też posłużyć do nadmiernego ulegania banalnym rozrywkom. I ten moment wyboru zabarwia moralnie poruszony wątek pracy fizycznej.

W dwugłosie kapłańskim Marta i Maria podały sobie zatem ręce. Konkluzję stanowiło stwierdzenie, iż wielorakie są drogi, którymi Bóg prowadzi swoje sługi. Istnieli święci, którzy z ciężkiej pracy fizycznej uczynili główny środek swego uświęcenia. Za przykład może służyć święty Marcin. U innych świętych z kolei ten aspekt mniej się zaznacza; widzimy to u świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Niemniej wszystkich świętych łączy owo miłosne zapieranie się siebie dla Boga i konsekrowanie każdej chwili życia dla Niego. Kształty drogi do nieba są różnorodne, lecz jeden jest cel – Bóg; jedna jest też postawa świętych w podążaniu raz obraną drogą – niewyczerpana determinacja.

Dla jednego praca fizyczna może stanowić ciężką pokutę, do której nie jest przyzwyczajony. Drugi z kolei ma alergię na druk i kilka stron cięższej lektury wyprowadza go z równowagi. Trzeci z kolei śmiało podejmuje zarówno pracę fizyczną, jak i umysłową, ale istnieje jakiś jeszcze inny obszar, w którym przekonuje się o swojej słabości. Opatrzność, jeśli tylko zechcemy chodzić ścieżkami posłuszeństwa, harmonizuje temperamenty, talenty i braki, aby członkowie wspólnoty wzajemnie się uzupełniali, wspomagali, a kiedy trzeba – ćwiczyli w cierpliwości.

Kluczowe jest to, żeby nie absolutyzować w duchowości jednego obszaru życia, lecz wszystkie szanować i podejmować, nawet jeśli obowiązek chwili stawia wobec wymagań, które boleśnie przekraczają nasze predyspozycje. Zbawienie nie tkwi ani w uczonych książkach, ani w wiertarce, ani w komputerze, ani w podręczniku do rozmyślania, lecz w dzielnym chwytaniu się tych wszystkich spraw z miłości do Boga oraz w takim porządku, jaki wyznacza konkretne powołanie człowieka.

A zatem przy śniadaniu księża dokonali wiekopomnego pogodzenia Marty i Marii. Takiej harmonizacji szczególnie domaga się praca misjonarza. Bez postawy Marty wątłe wspólnoty chrześcijańskie nie będą miały koniecznego zaplecza materialnego. Z kolei bez postawy Marii wszelka działalność zewnętrzna zostanie zrujnowana przez brak odpowiedzi na pytanie o sens wysiłków. Pogodzenia obu postaw dokonuje serce będące przy Bogu, jak i ręce nie stroniące od pracy.

A jeśli chodzi o naszą pracę: dziś znowu byliśmy podzieleni na dwie grupy. Przypadło mi, wraz z o. Stanisławem, pomaganie w porządkowaniu zawartości składziku z narzędziami. Spędziliśmy sporą część przedpołudnia, jak i trochę popołudnia, w królestwie gwoździ, śrubek, młotków i żarówek. Z kolei Mateusz i Wojtek pomagali księdzu Mieczysławowi w zginaniu i cięciu blachy. Machina rokuje wielkie nadzieje, ale potrzebuje jeszcze ostatnich przystosowań, aby wyginać blachę adekwatnie do życzeń budowniczego.

Podczas sprzątania udało mi się zupełnie przypadkowo natrafić na monetę z wizerunkiem świętego Ludwika IX, odnowiciela i króla Francji z XIII wieku. Mam do tego świętego pewne nabożeństwo, więc znalezienie tego malutkiego skarbu zinterpretowałem jako nagrodę za sprzątanie. Na szczęście ks. Mieczysław przystał na moją interpretację.

Całodzienne zatrudnienia przy plebanii są sposobnością, aby poznać afrykańskich pomocników księdza proboszcza. Powoli zapoznajemy się z człowiekiem o wdzięcznym imieniu Hugues, którego, z racji pełnionych funkcji można nazwać pomocnikiem gospodarczym. Jego zadaniem jest wieloraka dbałość o porządek na terenie przy plebanii, która przykładowo wyraża się w usuwaniu trawy zarastającej drogę, chronieniu wywieszonych ubrań przed ewentualnym deszczem czy też prasowaniu. Huguesa, oprócz oryginalnego imienia, wyróżnia bardzo niski wzrost; tak niski, że niektóre ananasy niemal go przerastają. Kontakty z nim stanowią dla nas ćwiczenie w języku francuskim; ponadto niekiedy pomagamy sobie nawzajem w naszych pracach.

Imię Hugues czyta się jako „Ig”, co może stanowić, przynajmniej dla niektórych, dowód na nadzwyczajną trudność języka francuskiego. W rozmowach między sobą zdrabniamy jednak i polonizujemy owo francuskie imię; w ten sposób Hugues to dla nas po prostu Iguś. Uważamy, że ta metamorfoza, odpowiada jak najbardziej naturze naszego czarnoskórego konfratra.

Ponadto miewamy okazje pozamieniać kilka zdań ze stróżem nocnym. Funkcję tę określa francuskie słowo santinele. Przy znaczniejszych zabudowaniach zazwyczaj korzysta się z pracy stróżów, aby oddalić niebezpieczeństwo związane ze złodziejstwem.

Kiedy dzień przechodzi w noc, po godzinie osiemnastej, przychodzi santinele, który ma na imię Modeste. Jest on bardzo skory do rozmowy i bywa dla nas translatorem, ucząc nas francuskich słów, a przede wszystkim ich odpowiedników w języku sango. W ten sposób przyswajamy sobie najbardziej fundamentalne formuły. I tak, bala ala, jest pozdrowieniem podobnym do francuskiego bonjour. Kiedy kogoś pozdrowi się w ten sposób, to najpewniej otrzyma się podziękowanie zawarte w słowie merci. Przy pożegnaniu stosuje się słowo singila. Niektóre wyrażenia brzmią dla Europejczyków nieco zabawnie. Aby dać czytelnikowi choć intuicyjny wgląd w naturę tego języka, umieszczę poniżej tekst Pozdrowienia anielskiego przepisany z modlitewnika Sambela:

Marie, mbi bala mo, grace a si mo;

Gbya a yeke na mo; a gonda mo aho awali kwe;

a gonda Jesus, Molenge ti ya ti mo.

Marie Wamokondo, Mama to Nzapa,

tene nzoni tene ti e awa-siokpari, fade so na la ti kwa ti e. Amen.

Postanowiliśmy nauczyć się do końca stażu Modlitwy Pańskiej i Pozdrowienia anielskiego w języku sango. Początkowo naprawdę myśleliśmy, że tylko wiedza wlana i dar języków mogą uczynić cud powiedzenia czegokolwiek w sango. Ale ks. Mieczysław wskazał, że tak naprawdę przy bliższym przyjrzeniu się, sango jest językiem bardzo prostym. Ma tylko trzy czasy, rzeczowniki się nie odmieniają, a zatem gramatyka nie jest zbyt skomplikowana. Według proboszcza z Bagandou, sango, ze względu na swoją prostotę, mogłoby pełnić w Afryce tę rolę, jaką w Europie pełni angielski. Niemniej, przynajmniej na razie, nasze drewniane języki nie dowodzą tez ks. Mieczysława. Zauważamy tylko, że wiele wyrazów brzmi tak nietypowo, że nawet nie trzeba do nich, dla zapamiętania, dobudowywać skojarzeń.

21 sierpnia (niedziela)

011 Niedzielna EucharystiaNiedzielna Eucharystia

Pierwsza niedziela na ziemi afrykańskiej miała za swe centrum uczestnictwo we Mszy świętej w kościele św. Piotra w Bagandou. O ósmej trzydzieści rozpoczęła się Eucharystia, którą sprawował ks. Mieczysław. Niedzielnemu zgromadzeniu wiernych nieodłącznie towarzyszyło istne deszczowe bombardowanie, które sprawiło, że za jedną ze ścian świątyni utworzyła się mała rzeczka.

Rzecz jasna, iż istota celebracji pozostaje niezmienna wszędzie i wszędzie musi być taka sama. Istotą zaś jest zstępowanie Jezusa do naszych serc. Moją pierwszą myślą po rozpoczęciu Mszy było właśnie spostrzeżenie, iż mimo wszystkich różnic, natura ludzka jest jedna. W każdym zakątku na kuli ziemskiej dzieci bywają niegrzeczne i bardziej zainteresowane figlami niż kazaniem; wszędzie może zgasnąć świeca na ołtarzu, której płomień skwapliwie odnowi czujny ministrant; nie ma kościoła i nie ma języka, w którym słowa konsekracji nie wywoływałyby u prawdziwie wierzących religijnej czci i świętej bojaźni. A zatem i w tym, co istotne, jak i w różnych czysto ludzkich szczegółach to, co uniwersalne, wybrzmiewa bardzo mocno i wyraziście.

Niemniej oprócz tego, co uniwersalne, pojawia się również to, co partykularne; to, co różnicuje. Te różnice można zauważyć w aspektach drugorzędnych. Wyrastają z odmienności kultur i tradycji Kościołów partykularnych i wyrażają cenną kościelną różnorodność, która wszakże powinna mieścić się w ramach ducha liturgii. Uważni na te różnice staraliśmy się wsłuchać w serce tego ludu, z którym wspólnie oddawaliśmy chwałę Bogu.

Pierwszą wyraźną różnicą jest śpiew liturgiczny, który zdobiły bębny wraz z gitarą oraz keyboard. Trzeba przyznać, że instrumentami posługiwano się umiejętnie; można powiedzieć, że zostały pomocniczo wprzęgnięte w uwielbienia zanoszone przez Lud Boży. Przyznam, że w Polsce gitary i bębny najczęściej wprowadzają do liturgii wrzaskliwość i banalność, ale tutaj zostały adekwatnie użyte. Szczególne religijne wzruszenie wywołał u nas bardzo piękny śpiew słów aktu pokuty. W języku sango zawiera się on w następujących słowach: Gbya, ba vundu ti e; Christ, ba vundu ti e; Gbya ba vundu ti e. Ponadto warto zauważyć, że wiele części Mszy śpiewa się inaczej niż w Polsce – słowa śpiewa się wielokrotnie i dłużej. Między innymi dlatego Msza niedzielna trwająca dwie godziny w Afryce jest czymś najnormalniejszym w świecie. Przypuszczam, że w Polsce takie wydłużenie Mszy świętej mogłoby wywołać pewne niezadowolenie przynajmniej niektórych parafian.

Podczas liturgii w Bagandou nie było religijnych tańców, które można w Afryce czasem spotkać. Owe tańce nie należą jednak do specyfiki regionu, w którym przebywamy. Lud klaskał jednak do niektórych z wykonywanych pieśni. Klaskanie owo nie miało jednak nic wspólnego z tym, co spotykamy w salach koncertowych; było delikatne, rytmiczne, podporządkowane melodii.

Wobec niektórych różnic w liturgii można spotkać dwa skrajne stanowiska. Niektórzy uważają, że należy przeszczepić afrykańskie zwyczaje liturgiczne, gdyż liturgia w Polsce jest zbyt sztywna i patetyczna. Z kolei inni owe afrykańskie zwyczaje interpretują w całości jako nadużycia i domagają się zmiany. Myślę, że te dwie skrajności nie biorą pod uwagę różnicy mentalności i kultury, jaka niewątpliwie istnieje.

Jeden z księży przełożonych ma powiedzenie, że nie należy szukać bigosu w Rzymie ani owoców morza w Tarnowie, lecz jeść to, co w danym miejscu jest naturalne i dostępne. Myślę, że tę przenikliwą sentencję można przenieść na inny grunt, sparafrazować i z powodzeniem zastosować do niektórych różnic liturgicznych: nie należy domagać się afrykańskich zwyczajów liturgicznych w Polsce ani chorału gregoriańskiego w małej afrykańskiej wiosce. Najlepiej przyjmować z miłością tradycje liturgiczne różnych ludów i nie eksperymentować w tak ważnej dziedzinie.

W niedzielnej liturgii uczestniczył kleryk o imieniu Felicien, który ukończył rok propedeutyczny i przybył do Bagandou na praktykę. Codziennie czyta podczas Mszy Słowo Boże. Stał się również towarzyszem naszych prac i modlitw. Nauczył nas kilku sformułowań w sango, ale rozmawiamy z nim po francusku. My również wyjawiliśmy mu kilka polskich zwrotów, co wywołało niemało śmiechu.

Popołudniu mogliśmy się przypatrzeć duszpasterskiej działalności księdza Mieczysława. Wybrał się on z Komunią świętą do jednego chorego, a my stanowiliśmy jego asystę, śpiewając pieśń eucharystyczną i niosąc prezent dla chorego.

Ów chory to starszy człowiek o imieniu Marcel. Wstępując w progi domu, szybko można było dostrzec żywą wiarę mieszkańców. Uwagę zwracał mały ołtarzyk domowy, przed którym najpewniej zanosi się do Boga poranne i wieczorne pacierze. Ponadto gospodyni przyniosła na stół liść palmy i sporą ilość wody do poświęcenia.

Ale najbardziej należy zwrócić uwagę na fakt, że Marcel został przyjęty przez domowników, choć nie należy do ich rodziny. W tym kręgu kulturowym (ale chyba nie tylko) starszych traktuje się niejednokrotnie jako balast. Nasz staruszek wędrował już po wielu domach w okolicy: raz przyjmowany, a potem wyrzucany. W końcu znalazł spokojne schronienie.

Kiedy Pan Marcel odbywał spowiedź w pokoju, my mogliśmy się przez chwilę przyjrzeć domostwom, które są nad wyraz ubogie. Po przyjęciu Komunii świętej, ksiądz podjął rozmowę z domownikami i otulił chorego kocem, który mu przyniósł w prezencie.

Prezenty w tym miejscu należy starannie dobierać, albowiem to, co Europejczyk uzna za rzecz cenną dla biednego Afrykańczyka może okazać się całkowicie nieprzydatne. Z drugiej strony przedmioty, które biały najrychlej wyrzuci na śmietnik, dla tutejszych mieszkańców, mogą jeszcze przedstawiać jakąś wartość. Z tej perspektywy koce dla chorego są nieporównanie lepszym upominkiem niż na przykład sztućce z wyrafinowanymi zdobieniami, które zapewne nie będą przydatne, skoro najczęściej je się rękami. Jest to bowiem najwygodniejsze; do manioku nie potrzeba wielu sztućców.

Wizyta w domu Marcela nie była ostatnią. Tego niedzielnego wieczoru odwiedziliśmy również dom Gatiena, który pełni podczas liturgii rolę, można rzec, animatora muzycznego. Zjedliśmy u niego kolację, co niewątpliwie poszerzyło nasze horyzonty kulturoznawcze i kulinarne. Żona Gatiena przygotowała bowiem dla nas mięso jeżozwierza, maniok, kurczaki i chleb. Wpierw obmyliśmy ręce w misce z mydłem, która wędrowała między ucztującymi. Później, po modlitwie przed posiłkiem, zaczęliśmy kosztowanie przygotowanych potraw. Jedliśmy rękami, co podpowiada nie tylko tutejszy zwyczaj, ale też zmysł praktyczny, gdyż łuskanie mięsa jeżozwierza za pomocą widelca i noża nawet najcierpliwszego wyprowadziłoby z równowagi. Największa popularnością cieszył się właśnie ów jeżozwierz. Uznaliśmy bowiem, że kurczaki mamy u siebie w Polce, a mięso jeżozwierza to kulinarna rzadkość. Maniok nam smakował, do czego może przyczyniła się atmosfera afrykańskiego domku.

Ucztowaliśmy w atmosferze życzliwości, którą wzniecał ksiądz Mieczysław swoimi anegdotami i talentem translatorskim, dzięki któremu był pośrednikiem w dialogu z gospodarzami. Na podwórku bawiła się siódemka dzieci Gatiena, z którymi mogliśmy sobie zrobić zdjęcia. Dzieci były wyraźnie zainteresowane białymi przybyszami, a gdy Wojtek pokazał im na aparacie zrobione zdjęcia, wzbudził powszechną dziecięcą ciekawość i wesołość.

Gatien najwyraźniej bardzo ceni życie rodzinne. Ma siódemkę dzieci. Ucztujących była również siódemka, a właściwie ósemka, gdyż żona Gatiena jest w stanie błogosławionym. Wraz z tą rodzinnością szła w parze radość reprezentowana najobficiej przez dzieci. Wojtek najbardziej lubi fotografować właśnie dzieci, które śmieją się z nim, pozują do zdjęć, przybijają piątki, a czasem pozwalają się nosić na rękach.

010 Jedno z siedmiorga dzieci rodzinyJedno z siedmiorga dzieci rodziny, u której zjedliśmy kolację

Niedziela nabrzmiała nowymi doświadczeniami i wrażeniami miała jeden tylko rys smutny. Otóż ojciec Stanisław nie mógł z nami uczestniczyć w kolejnych puntach dnia, gdyż jego dawno nabyta malaria znów dała znać o sobie, zwaliła go z nóg i położyła do łóżka. Będzie musiał zażywać leki i czekać aż wyciszą one objawy tej choroby.

22 sierpnia (poniedziałek)

Poniedziałek inauguruje tydzień roboczy, więc wróciliśmy do zgłębiania się w wartości blachy. Wraz z Wojciechem rysowałem linie na kolejnych kawałkach blachy, które stanowiły wyznaczniki dla dalszego procesu jej cięcia i zginania. Machina zginająca blachę dowiodła swej wielkiej użyteczności. Niemniej w trakcie pracy wyszły na jaw pewne niedokładności pomiarowe, które naprawiliśmy nowym zmierzeniem i wyznaczeniem linii. Ofiarą owych niedokładności padły dwa kawałki blachy; niemniej według wszystkich znaków na niebie i ziemi odtąd kompletowanie elementów pokrycia dachu będzie przebiegało bez utrudnień i przestojów.

W pewnym momencie modliszka usiadła na jednym z kawałków blachy, co Wojtek szybko zinterpretował jako prośbę o sesję zdjęciową i sfotografował owo stworzenie ze wszystkich możliwych perspektyw. Każdego dnia stara się zdjęciowo rejestrować różnorakie, najbardziej znamienne elementy tej części Afryki, której poznanie jest naszym udziałem.

23 sierpnia (wtorek)

Wychodząc o poranku do pracy przy budynkach parafialnych, staliśmy się świadkami cudu. Otóż naszym oczom ukazała się żółta ciężarówka, która tryumfalnie wjechała na plac z upragnionymi workami cementu przeznaczonymi do budowy kościoła. Niewykluczone, że czytelnik rozważa intensywnie, dlaczego tak prozaiczne zdarzenie, jak przyjazd ciężarówki, doczekało się tak wzniosłego określenia, jak cud.

Wyjaśnienie porannego cudu domaga się szerszego uwzględnienia okoliczności. Pierwszą z nich stanowi droga, jaką słoneczny transporter przebył. Poświęciłem już nieco uwagi stanowi dróg w Republice Środkowoafrykańskiej, lecz ciągle odnoszę wrażenie, że nie byłem dość wymowny.

Droga z Bangui do Bagandou jedynie w swych początkach zasługuje na swe miano. Jedzie się wtedy na tyle szerokim pasem asfaltu, że dwa pojazdy wyższych gabarytów, mogą spokojnie się minąć. Niemniej już na tym etapie nie brakuje sporych dziur w drodze, a jeśli ktoś spodziewałby się pasów albo znaków, to takie przewidywania szybko się rozwieją.

Ogólnie rzecz biorąc, im dalej od stolicy, tym przejazd jest coraz trudniejszy. Wyobrażając sobie upudrowaną czerwonym, ziemnym pyłem ścieżynę, mającą szerokość dwóch metrów i usianą dziurami, których głębokość można liczyć w dziesiątkach centymetrów, jesteśmy blisko uprzytomnienia sobie tego, czym są ważne szlaki komunikacyjne w Republice. Trzeba również zaznaczyć, że owe arterie komunikacyjne są ciągle atakowane przez drapieżczą zieloność dżungli i trawy; zarastają trawą i jeszcze zmniejszają swą szerokość. Pora deszczowa intensyfikuje problem; wszakże ulewy przyczyniają się do pogłębiania starych dziur i drążenia nowych.

Prace remontowe są przeprowadzane w nad wyraz skromnym zakresie i wiążą się zazwyczaj ze zbliżającymi się wyborami, kiedy rządzący próbują zapewnić sobie przychylność ludu. Remonty przeprowadza się na krótką metę i polegają na zasypywaniu ziemią największych wydrążeń. Dlatego w ostatnich latach stan dróg uległ pogorszeniu. Tutejsi mieszkańcy radzą sobie dzięki używaniu motorów, których popularność gwałtownie wzrasta. Odległość między Bangui a Bagandou wynosi około sto pięćdziesiąt kilometrów, a ów dystans misjonarze pokonują zazwyczaj w nieco ponad cztery godziny; czasami – w pięć godzin.

Wobec powyższych informacji nie wywołują zdziwienia przymusowe postoje ciężarówek, które niekiedy zamierzoną trasę pokonują w przeciągu kilku dni. Ten los zresztą podzieliła i nasza mechaniczna przenosicielka cementu. Dla pełni obrazu należy zatem wspomnieć jeszcze o samej ciężarówce. Według przypuszczeń niektórych pamięta ona czasy kolonializmu i jest żywą pamiątką afrykańskiego talentu do majsterkowania. Ów pojazd marki Berliet zadziwia nie tylko tym, że jeździ, ale jeszcze przywozi do celu spore transporty. Patrząc frontalnie na ciężarówkę, można było dostrzec, iż jej bak znajduje się obok maski, połączony z jej wnętrzem przewodami. Widok tej osobliwości wywołał niemałe zaskoczenie. Na miano osobliwości zasługuje w ogóle sposób jeżdżenia ludzi. Przepisy ruchu wypiera intuicja kierowcy i pierwszeństwo większego. Na jednym motorze jeździ często czwórka ludzi. Większe samochody bywają niesamowicie obładowane ludźmi, którzy stoją lub wręcz wiszą na zewnętrznych częściach pojazdów. Wypadki zdarzają się ze sporą częstotliwością i truizmem jest stwierdzić, że tutejszym kierowcom brakuje wyobraźni i zmysłu przewidywania.

Paleta opisanych dotąd okoliczności uwiarygadnia tezę o małym cudzie Opatrzności. I jeśli dawne czasy stawiały łuki triumfalne zwycięzcom wielkich bitew, to wcale nie mniej godną przesłankę podobnego łuku stanowi przewożenie materiałów przez młodych chłopaków w tak trudnych okolicznościach. Chrześcijanie jednak inaczej utrwalają ważne wydarzenia; sam kościół będzie żywym świadectwem zarówno trudu ludzi przy budowie, jak i działania Opatrzności, która pomaga przezwyciężyć to, co zdaje się nie do pokonania. Kościół, tak jak chleb i wino, jest darem Opatrzności, ale też owocem pracy rąk ludzkich.

009 Cudowna ciezarowka z cudownym bakiem

Cudowna ciężarówka z cudownym bakiem

24 sierpnia (środa)

Staż misyjny jest czasem, w którym wiele rzeczy dokonuje się pierwszy raz. Dzisiaj kolejne premiere fois bynajmniej nas nie ominęło. Pierwszy raz mieliśmy kontakt z odchodami nietoperzy, albowiem naszym zadaniem stało się wyczyszczenie poddasza plebanii z owych odchodów. Mogliśmy zatem poznać nietoperze nie tylko teoretycznie, ale jak najbardziej namacalnie.

W Polsce nietoperze traktuje się dosyć poważnie i zmierza się do ich ochrony, ale w Afryce ludzie mają do nich mniej sympatii. Wydawałoby się, że tak małe zwierzątka nie pozostawią zbyt wielu śladów swej obecności, a tymczasem kilka razy wynosiliśmy pełne wiaderka z odchodami. Specyfikę nietoperzej kupy stanowi to, że jest mała, czarna i po pewnym czasie, na szczęście dla nas – wyschnięta. Zbieranie odchodów było, można powiedzieć, misją specjalną, a sukces akcji wywołał w nas niemało zdrowej dumy.

Towarzyszem naszych zabiegów czyszczących na poddaszu był kleryk Felicien. Jako najniższy z nas potrafił dotrzeć do najtrudniej dostępnych miejsc; współpraca z nim była niemałym wsparciem i pogłębiła obopólną życzliwość, która bywa pomnażana przez wspólne przedsięwzięcia i ekstremalne wyzwania.

Akcja na poddaszu cechowała się pewnymi utrudnieniami. Mogliśmy stąpać jedynie po liniach wyznaczonych przez drewniane belki, albowiem sklejka je okalająca zapewne nie utrzymałaby naszych kilogramów. Ponadto nachalny upał mocno zaznaczał swoją obecność na naszych ubraniach, które szybko stały się mokre od potu. Efekt iście cieplarniany był pomnażany przez nagrzaną blachę. Pomocne okazały się latarki, które oświetlały najciemniejsze obszary.

Niemniej nasza praca była całkowicie zabezpieczona przez czujne oko księdza proboszcza, który uprzedzająco odsunął części blachy w kilku miejscach, aby prześwietlić przestrzeń pracy i zapewnić w niej cyrkulację powietrza. Dlatego też z nietoperzym zadaniem uporaliśmy się dosyć szybko i wczesnym popołudniem zakończyliśmy czyszczenie, które tylko początkowo mogło wydawać się syzyfową pracą.

Dzisiaj ojciec Stanisław wrócił do dobrego samopoczucia po ataku malarii. Od razu zabrał się do pracy i zaczął czyścić naczynia liturgiczne oraz, wraz z księdzem Mieczysławem, porządkować dwa pomieszczenia wewnętrzne. Po wieczornym zakończeniu wysiłków zajaśniały owe pomieszczenia splendorem porządku w ten sposób, że któryś z nas zażartował, iż moglibyśmy założyć z ojcem firmę czyszczącą i sprzątającą. Wachlarz wykonywanych usług byłby w owej firmie bardzo rozpięty. Od pokojowych porządków po czyszczenie strychów z nietoperzych odchodów. A Mateusz mógłby dorzucić jeszcze jedną funkcję: zakładanie paneli słonecznych, albowiem przed zapanowaniem nocy założył z księdzem trzy panele na dachu domu sióstr kombonianek.

25 sierpnia (czwartek)

Czwartek okazał się dniem mocno wydłużonej sjesty. Sjesta w wielu krajach jest dobrym zwyczajem związanym tyleż z wielkością upałów pory poobiedniej, co i z mentalnością południowców. Sjestę najlepiej uczynić czasem krótkiej drzemki przed popołudniowym blokiem pracy. Można zauważyć, że zupełny brak sjesty w dniu pracy niejednokrotnie sprawia, że wieczorem człowiek jest zupełnie wyczerpany. Dlatego nie od rzeczy jest włączenie tej cząsteczki szabatowego spoczynku w plan dnia. Wszakże potrzeba odpoczynku uświadamia, iż jesteśmy ograniczeni i słabi, a świat się bez nas nie zawali.

Problemem jest to, gdy sjesta staje się sercem każdego dnia i stylem życia, a nie dającą siłę do dalszej pracy pauzą. Taka mentalność bywa nierzadko udziałem Afrykańczyków, którzy nie rozwinęli u siebie swoistego etosu pracy. Brak owego etosu stoi u korzeni wielu problemów Republiki i wielorako się wyraża w życiu codziennym.

Za zjawisko znamienne w poruszonej kwestii można uznać podejście do punktualności. Pewnego razu do Republiki przyjechał jakiś bogaty Polak, który chciał wydobywać złoto. Umówił się na spotkanie z Afrykańczykiem o godzinie dwunastej. Gdy tubylca nie było przed pierwszą, to wtedy ów Polak udał się na następne zaplanowane spotkanie, nie wiedząc, że narazi się na gniew Afrykańczyka, który oskarżył przedsiębiorcę o lekceważenie i lekkomyślność. Nie zwrócił przy tym w ogóle uwagi na to, że sam spóźnił się o godzinę.

Misjonarze podpowiadają, że kiedy umawiają się z mieszkańcami Czarnego Lądu, to dobrze podać czas o kilkadziesiąt minut wcześniejszy niż ten, w którym rzeczywiście planuje się spotkanie. Wtedy można się spodziewać, że czarnoskóry współbrat, przyjdzie w odpowiednim czasie.

Inną sprawę stanowi poczucie własności i gospodarności, które wśród ludów Afryki bywa bardzo małe. Kiedy jakieś dobro użyteczności publicznej się zniszczy lub zepsuje, to nie widać nikogo, kto by się poczuwał do odpowiedzialności i chciał owo dobro naprawić. Na jednym z mostów dostrzegliśmy kilkumetrową przerwę w ramie chroniącej przed wpadnięciem do wody; okazało się, że w tym właśnie miejscu z wygody wyrzuca się śmieci do rzeki. Nikt nie przejmuje się tym, że jakieś dziecko może utonąć przez brak zabezpieczenia przy moście. Przewidywanie i myślenie abstrakcyjne nie są najmocniejszymi stronami mieszkańców tego kraju. Posiadają przy tym znaczną dążność do wyboru rozwiązań tymczasowych i prowizorycznych.

Te uwagi krytyczne nie negują zalet, które można dostrzec w mieszkańcach Czarnego Lądu, lecz przyczyniają się do pełnego obrazu stanu rzeczy. Złożony świat, jakim jest dusza Afrykańczyka, nie daje się należycie wysłowić w kilku akapitach.

Rzeczywistością, która permanentnie gnębi wszystkich potencjalnych odnowicieli Republiki Środkowoafrykańskiej, jest pradawny system wierzeń religijnych. Tym, co najbardziej tamuje moralne, intelektualne i społeczne podniesienie się kraju, okazuje się likundu. Likundu ujmuje świat jako pełen złych mocy, których nosicielem bywa człowiek. Jeśli komuś wydarzy się krzywda, wypadek lub śmierć kogoś z bliskich, to na mocy religijnego przekonania, człowiek ów może zinterpretować nieszczęście jako efekt działalności złych mocy w konkretnej osobie, którą obarczy całą odpowiedzialnością. Stąd już tylko krok do samosądów i morderstw, które rozumie się jako sprawiedliwe wymierzenie kary temu, który jest nośnikiem złych mocy.

W likundu zdumiewa arbitralność oskarżenia, a także ich częstotliwość. Ta praktyka jest szczególnie częsta w okolicach Bagandou. Arbitralność likundu czyni zeń narzędzie osobistych porachunków, mściwości i zazdrości.

Można sobie bowiem wyobrazić sytuację, w której mieszkaniec Republiki dochodzi, dzięki wytrwałej pracy lub wyjazdowi zagranicę, do względnej zamożności. Wtedy liczna rodzina przypomina sobie o bogatym krewnym i pragnie uczynić z jego portfela instytucję charytatywną. Człowiek ów nie może sprostać oczekiwaniom wszystkich i najczęściej odmówi pomocy finansowej. Odmowa jednak skutkuje niechęcią całej rodziny; pomnaża ją zawiść, że ktoś ma więcej pieniędzy. Niedaleka droga do tego, aby zawistnik swoją osobistą klęskę życiową zinterpretował jako rezultat działania złych mocy w bogaczu, którego osądzi jako godnego unicestwienia kreatora nieszczęść. Trudno komukolwiek wykrzesać z siebie tyle odwagi, aby sprzeciwić się osądowi i bronić oskarżonego. Obrona taka zawsze naraża na ryzyko społecznego wykluczenia.

Z pewnością likundu nie zawsze oznacza absolutną niewinność oskarżonego. Niemniej powolne badanie racji zostaje wyparte przez usankcjonowane religijnie przekonanie jednostki, a zasadę domniemania niewinności zakrywa napastliwość oskarżyciela. Filozofia, która kryje się za tą praktyką czyni świat zupełnie nieprzewidywalnym. Przy tym umożliwia zdjęcie osobistej odpowiedzialności za swoje niepowodzenia i przerzucanie jej na tajemnicze, a wszechobecne moce. Likundu religijnie uprawomocnia zemstę, która niekiedy może przybierać charakter klasowy. Ostatecznie lepiej, żeby wszyscy byli biedni; człowiek nieco bogatszy i lepiej wykształcony z pewnością zostanie jakąś metodą sprowadzony do poziomu powszechnej biedy. Chyba, że zalicza się do wąskich stref politycznych; wówczas jednak trudno przypuścić, aby znaczny majątek został uzyskany uczciwie.

Ci zatem, którzy mogliby podnieść RCA z wielopłaszczyznowego regresu zostają sprowadzeni do parteru. Mogą również wyjechać za granicę i zerwać więzi ze swoją ojczyzną. Wówczas jednak nie przyczynią się już do jej odnowy.

W tym kontekście jeszcze większego znaczenia nabiera praca Kościoła, którego przesłanie w sposób naturalny i oczywisty kontrastuje z likundu. Dlatego teza, która głosi, iż bez Kościoła jest niemożliwy rozwój Republiki, i to nie tylko duchowy, ale również socjalny, gospodarczy, edukacyjny, wydaje się bardzo trudna do podważenia. Bez Kościoła dżungla stałaby się absolutną pustynią duchową.

26 sierpnia (piątek)

Pośród wszystkich pierwiastków zawartych w tablicy Mendelejewa najwięcej ludzkich namiętności wzbudziło bez wątpienia złoto. Poszukiwanie złota przyprawia o gorączkę niejednego mieszkańca Republiki Środkowoafrykańskiej. Dziś wybraliśmy się do dwóch kopalni, aby napatrzyć się fenomenowi wydobywania cennego kruszcu.

008 Chinska kopalnia zlota w afrykanskiej dzungli

Chińska kopalnia złota w afrykańskiej dżungli

Ksiądz Mieczysław był naszym przewodnikiem. Wpierw pokonaliśmy kilkanaście kilometrów samochodem, aby dojechać do chantier. Wybraliśmy się razem z klerykiem Felicien’ em oraz z siostrą Ranią, kombonianką pochodzącą z Egiptu, która obecnie tworzy wspólnotę sióstr w Bimbo, a do Bagandou przyjechała, aby doglądnąć domu kombonianek, który sąsiaduje z misją naszych księży i przy okazji przywiozła nam artykuły żywnościowe. Dla wszystkich, poza księdzem Mieczysławem, wyjazd do kopalni, był zupełnie nowym doświadczeniem.

Pierwsza kopalnia, którą zobaczyliśmy, znajduje się we władaniu Chińczyków. Byliśmy zdumieni widokiem dwóch hektarów rozkopanej ziemi w środku dżungli. W wydrążonych kraterach stała mulista woda, a cały teren solidnie okopano. Strzeże się go jak wielkiej tajemnicy, choć nie wzbrania się małym grupkom podziwiania chińskiej przedsiębiorczości.

Jeden z Chińczyków oprowadzał nas po rozkopanych ziemiach. Zdumiało nas wszakże to, iż kierownik tak wielkiego przedsięwzięcia nie znał żadnego języka poza chińskim oraz uniwersalnym językiem gestów. W tym kraju niezliczone nacje robią interesy i bogacą się, ale zwykli mieszkańcy Republiki, tak zasobnej w surowce naturalne, praktycznie nic nie zyskują na ekonomicznych triumfach obcokrajowców. Kraj, który mógłby stać się ekonomicznym tygrysem Afryki, plasuje się wysoko na liście najbiedniejszych państw świata.

Następnie udaliśmy się w stronę mniejszych kopalnianych terenów, do których wiodły nas ścieżyny wyznaczone pośród zielonej gęstwiny. Soczysta zieleń dżungli wywołuje wielkie wrażenie, lecz ogrom fauny i flory nie pozwala na jakieś głębsze rozróżnienia między drzewem a drzewem. Wiekuiście bujna roślinność niekiedy próbowała zagrodzić nam drogę, lecz szybko usuwaliśmy z pola widzenia i przechodzenia wszelkie przeszkody.

Kilkakrotnie przechodziliśmy przez strumyczki, które mocno weryfikowały naszą zręczność i poczucie równowagi. Jeden ze strumyczków można było przejść na dwa sposoby: albo wysoko podwijając spodnie, pokonać całą szerokość potoku albo wykorzystując kawałek drewna, przeskoczyć na skałę. Z tej alternatywy wybrałem drugą możliwość, co w drodze powrotnej spowodowało zamoczenie się po pas w potoku. Widząc poziom naszej zręczności, obecni tu i ówdzie czarnoskórzy poszukiwacze, byli szczerze rozbawieni.

Warto zaznaczyć, że ścieżyny w dżungli Afrykańczycy pokonują niejednokrotnie na motorach; potrafią przejechać skutecznie przez miejsca, gdzie Europejczyk nawet nie pomyślałby o użyciu jakiegokolwiek pojazdu mechanicznego. W pewnym momencie spotkaliśmy dwóch poszukiwaczy, którzy zademonstrowali nam swoje złoto. Posiadane przez nich złoto, podług ich słów, było warte dziesięć tysięcy euro. Mieli również wiele tysięcy franków CFA, które można by przeliczyć na pięć tysięcy euro. Franki CFA są walutą o bardzo niskiej wartości; bycie milionerem nie pod każdą szerokością geograficzną znaczy to samo.

Pokusa szybkiego zysku ściąga wielu do serca dżungli. Prawie wszyscy ministranci w Bagandou zaczęli poszukiwać złota. Niekiedy jednak serce dżungli staje się jądrem ciemności i wzbudza w ludziach niepohamowane żądze. Niektórzy stali się dłużnikami, którzy poszukują złota w ramach spłaty długu, a wszelkie znalezione złoto muszą oddawać. Owi nieszczęśnicy częstokroć żyją na skraju nędzy. Inni z kolei wybili się wysoko w drabinie społecznej dzięki znalezionemu złotu, lecz wcale nie towarzyszy im solidarność z tymi, którzy mieli mniej szczęścia.

Niejednokrotnie widzieliśmy nawet dzieci, które śledzą wodę w trzymanych miskach, próbując znaleźć małe cząsteczki cennego kruszcu. Mężczyźni rzeźbili w skałach ogromne rowy, które świadczą o najbardziej złotonośnych miejscach. Poszukiwaczy jest tak wielu, że nawet w dżungli wyrosły naprędce zbite kramiki, które oferują jedzenie, picie i starą elektronikę. W pobliżu kramików wydobyte złoto poddaje się ważeniu. Wojciech wraz z księdzem fotografują i nagrywają niektóre elementy podróży, lecz nie zawsze ludzie wyrażają zgodę na zdjęcie.

W RCA, w czasie naszego pobytu, ściemniało się około dwadzieścia minut po szóstej, lecz nasze sierpniowe noce w Afryce są jasne i bardzo gwiaździste. Wróciliśmy do pozostawionego samochodu już otuleni wieczorną szarzyzną. Chociaż ubranie zostało przemoczone, a obuwie, obklejone błotem, chyba podwoiło swój ciężar, to jednak nikt nie żałował wyprawy. Wprawdzie nie wsparliśmy seminarium ciężkimi sztabami odnalezionego złota, ale za to ciężar gatunkowy zebranych doświadczeń był wystarczający, aby zapadły głęboko w serca i umysły.

27 sierpnia (sobota)

Blaszana epopeja dobiegła końca. Bez przeszkód wycinaliśmy wszystkie kawałki blachy, a następnie wyginaliśmy je zgodnie z wypracowanym schematem. Wojtek fotograficznie upamiętnił wygięcie ostatniej blachy. Podług wszystkich przeprowadzonych pomiarów nasze wysiłki nie chybiły celu, więc cieszymy się, że mogliśmy jakkolwiek przyczynić się do przyspieszenia budowy nowego kościoła.

Ojciec Stanisław z kolei zwieńczył porządkowanie kancelarii i zakrystii, które mimo swych chwalebnych przeznaczeń, podlegają na równi z innymi, zwykłymi pomieszczeniami, tak prozaicznym procesom, jak na przykład zakurzenie. Zresztą w Afryce kurz szybko przybiera na ilości i jest trudnym do usunięcia lokatorem; raz usunięty, bardzo szybko powraca, szczególnie w porze suchej.

Zwieńczenie wymienionych prac stanowiło poniekąd formę podziękowania dla księdza Mieczysława Pająka, który przyjął nas z królewską gościnnością i okazał nam wieloraką życzliwość.

Finalizowanie różnych robót nie wyczerpało jednakże wszystkich limitów czasowych. Dlatego mogliśmy jeszcze przeprowadzić wywiady: z panią Izabelą Cywą, z księdzem Mieczysławem Pająkiem oraz z klerykiem Felicien’ em. Uczyniliśmy więc praktyczny użytek z teoretycznych szkoleń, których udzielono nam przed stażem w zakresie posługiwania się kamerą.

Wywiady były bogate w treść informacyjną, duchową i intelektualną i już po niecałych dwóch tygodniach widzimy, że problemem przy składaniu filmu nie będzie brak materiału, lecz jego nad obfitość. Wszakże nawet papier nie jest w stanie pomieścić wszystkich doświadczeń i przeżyć, o czym wymownie świadczy skromne pisanie autora tej relacji. Niemniej wywiady zawierały myśli, które wręcz domagają się umieszczenia w następnym akapicie.

Ksiądz Mieczysław opowiedział nam o znakach miłosierdzia Bożego, które dostrzega w swojej posłudze misyjnej. Taki znak stanowi przyjazd ciężarówki z cementem do Bagandou. Takim znakiem jest również uzdrowienie ciężko chorej Pigmejki, która podczas zarządzonej przez biskupa procesji eucharystycznej, nagle i niespodziewanie poczuła się zdecydowanie lepiej wtedy, gdy Najświętszy Sakrament był niesiony obok jej chaty. W kategorii opatrznościowych zdarzeń należy również ująć ominięcie wioski Pigmejów przez zbrojne oddziały seleki. Seleka to oddziały bojówkarzy, w większości muzułmańskich, które już od kilku lat wzniecają niepokoje na ziemiach RCA. W pewną niedzielę planowały atak na wioskę Pigmejów; w tę samą niedzielę ksiądz Mieczysław sprawował w wiosce Mszę świętą. Ostatecznie samochód seleki uległ zepsuciu i wycofano się z zamysłu ataku na wioskę, a Eucharystia odbyła się i, według przekonania księdza i wiernych, uchroniła mieszkańców.

012 Odwiedziny w szpitaluOdwiedziny w szpitalu

Temat Pigmejów został również poruszony w rozmowie z panią Izabelą Cywą. Ten lud o bardzo długiej historii żyje koczowniczo; korzysta z tego, co daje dżungla. Niemniej wiele zbiorowości pigmejskich podchodzi i żyje coraz bliżej zabudowań, co oznacza, że stan dżungli się zmienił i nie zawsze może ona zapewnić Pigmejom przetrwanie. Wymagają oni zatem pewnej pomocy, której wszakże nie jest w stanie udzielić im państwo. Stąd idea szpitala w Bagandou, który w pierwotnym zamyśle miał otaczać opieką Pigmejów. Według relacji pani Izabeli Pigmeje cechują się wielkwielką szczerością i prostotą w przeciwieństwie do niektórych tubylców, którzy oszustwo mają opanowane do perfekcji.

Ostatnią częścią naszego tryptyku tkanego wywiadami stanowiła rozmowa z Felicien’em. Felicien skończył niższe seminarium w Mbaiki, a teraz jest po pierwszym roku propedeutycznym w seminarium w Bangui. Przedstawił nam trudności, które dotykają seminarzystów w tym kraju. Do głównych należą gwałtowne sprzeciwy rodziny kleryka, która niekiedy posuwa się do przymusu i szantażu. Jednocześnie dał świadectwo swojego powołania, któremu wzrastało w cieniu przykładu ojca będącego katechistą w rodzinnej wiosce.  

Wieczorem zasmuciła nas wiadomość o śmierci pigmejskiego dziecka w szpitalu. Ojciec Stanisław zdążył jednak udzielić mu chrztu świętego i nadać mu imię - Makele. Świadomość chrztu zmarłego dziecka zawsze wzmacnia nadzieję i powagę zabarwia delikatną radością. Po raz kolejny przekonaliśmy się, jak nieodzowna jest w tym kraju obecność Kościoła.

28 sierpnia (niedziela)

Wraz z panią Izabelą Cywą wybraliśmy się do wioski Pigmejów. Wprawdzie w porze deszczowej Pigmeje są w okolicach Bagandou prawie nieobecni; niemniej mogliśmy zobaczyć chociaż kilku z nich, a także tymczasowe chatki, które konstruują. Pomodliliśmy się również przy grobie wczoraj zmarłego dziecka.

Chatki Pigmejów stanowią bardzo proste zabezpieczenie przed deszczem. Dach składa się z liści, a ściany domku buduje ziemia i patyki. Widzieliśmy również bardzo zniszczoną szkołę Pigmejów, którą można opisać jako rozciągniętą w przestrzeni chatkę, która zawiera ponadto kilka drewnianych stolików.

Dziś uczestniczyliśmy w Mszy świętej, ostatniej na tej ziemi, albowiem popołudnie było czasem rozstania z Bagandou, które zachowamy w życzliwej pamięci.

Naszą uwagę w Bagandou zwróciły duszpasterskie działania podejmowane przez księdza Mieczysława. Codziennie głosił ludowi krótką homilię. Nawet my, którzy nie znamy języka sango, mogliśmy zrozumieć jak wiele uwagi poświęca w swych homiliach życiu sakramentalnemu oraz Matce Bożej. Zauważyliśmy, że koncentruje ludzi na tym, co istotne w naszej religii. W czwartki, po Mszy świętej, daje ludziom możliwość adoracji i modlitwy koronką do Bożego Miłosierdzia. W dni powszednie celebrowano Liturgię godzin przed Mszą świętą. Wszystkie te elementy, jak i totalne zaangażowanie w pełnioną posługę, przyjęliśmy zgodnie bardzo pozytywnie.

Owego totalnego zaangażowania, które wszakże przejawia się na innych polach, nie brakuje również pani Magdalenie Iwan i pani Izabeli Cywie. Szpital w Bagandou można by postawić jako wzór dla innych tego typu ośrodków w kraju. Ów wysoki poziom nie jest dziełem przypadku, lecz wyrasta z nieustannych wysiłków misjonarzy świeckich i wolontariuszy, które mogliśmy sami, choćby w części- ujrzeć, zrozumieć i docenić.

Uszkodzony most spowodował, iż nie mogliśmy wrócić do Bimbo tą samą drogą, którą przyjechaliśmy do Bagandou. Niemniej zmiana trasy okazała się zaskakująco pozytywna. Przepłynęliśmy promem przez rzekę Lobay, co pozwoliło nam zwiększyć zapas czasowy, a zmniejszyć ilość przejechanych kilometrów. Ponadto od tej pory jechaliśmy drogą, która w porównaniu z wcześniejszą ścieżyną, zdała się nam autostradą. Przede wszystkim nie było w niej już tylu dziur.

Niedługo po przepłynięciu Lobayu pożegnaliśmy się z Felicien’em, który wracał z nami do swojej rodzinnej wioski. Czas powrotu upłynął nam na dyskusjach i słuchaniu anegdot ks. Mieczysława z serii „Rzeczywiste fakty autentyczne, które się wydarzyły naprawdę”. Ksiądz Mieczysław oprócz wielu innych charyzmatów posiada również niewątpliwy talent satyryka. Myślę, że wszystkie zeszyty i kartki papieru w Republice nie pomieściłyby żartów, którymi zasypał nas proboszcz Bagandou.

Wieczorem wróciliśmy do Bimbo, gdzie z misjonarską gościnnością, przyjęli nas księża: Mateusz Gondek i Michał Rachwalski. W ten sposób pierwszy rozdział stażu stał się rzeczą pamięci serca i przeszłości, a otworzył się drugi rozdział, jak przypuszczamy, równie obfity w wrażenia i nowe doświadczenia.