Dzisiaj:49
Wczoraj:57
W tygodniu:136
W miesiącu:1530
Ogólnie:133956

Twoje IP: 54.81.116.187 środa, 25, kwiecień 2018 16:09

Kto jest online

Goście: 11 gości online

001 Staz misyjny w RCA art15-16 VIII  (poniedziałek-wtorek)

Jeszcze wieczorem w Uroczystość Wniebowzięcia zebraliśmy się w seminaryjnej Sali misyjnej na bezpośrednich przygotowaniach przed odlotem. Skrupulatnie sprawdzaliśmy wagę walizek, żeby nie przekroczyć granicy dwudziestu trzech kilogramów. Pakowaliśmy ostatnie konieczne rzeczy i przystrajaliśmy walizki wstążkami, aby podczas podróży bez trudu rozpoznać bagaże.

Ksiądz Dyrektor Andrzej Surowiec zawiózł nas na lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Razem z nami wyruszyła grupa wolontariuszy świeckich ze Stowarzyszenia Inicjatywa Młodzi Misjom, lecz bezpośrednim celem ich lotu był Kamerun, a naszym RCA.

Na lotnisku w Warszawie poddaliśmy się przewidzianym procedurom, które są dość nużące, choć i tak nie możemy narzekać, gdyż nasze podróżowanie jest stokroć łatwiejsze niż dawnych wędrowców i raczej nie przypominamy mitycznego Odyseusza.

Przed dziewiątą 16 sierpnia, pokrzepieni czekoladowym rogalikiem, podziwialiśmy Paryż z lotu ptaka… mechanicznego. O 8:45 wylądowaliśmy na lotnisku Charlesa de Gaulle’a w Paryżu, aby przesiąść się do samolotu, którym dotrzemy do Bangi-stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej.

Piękne wrażenie wywołuje widok Morza Śródziemnego czy Sahary. Z jednej strony pojawia się myśl o potędze człowieka, który nauczył się pokonywać tak szybko niezmierne odległości, a z drugiej dostrzegamy nieskończenie wyższą potęgę Stwórcy ogromnych przestrzeni.

Zbliżając się coraz bardziej do serca Afryki, przesunęliśmy zegarki o godzinę do tyłu.

Około piątej popołudniu lądowaliśmy w Bangi. Kilka godzin wcześniej z zaciekawieniem patrzyliśmy na Paryż – stolicę kultury i symbol potęgi Europy. Teraz pierwszym widokiem po postawieniu stopy na afrykańskiej ziemi jest obóz dla uchodźców, który ukształtował się przy samym lotnisku. Przyczyną powstania tego obozu jest ucieczka przed niebezpieczeństwami wojny, choć niektórzy szukają  też w takich obozach łatwego życia polegającego na ciągłym korzystaniu z pomocy humanitarnej.

Na lotnisku wyszli nam na spotkanie: ks. Mieczysław Pająk i pani Izabela Cywa. Ks. Mieczysław jest wieloletnim misjonarzem w RCA, który obecnie pracuje w Bagandou, a pani Izabela prowadzi ośrodek zdrowia w tej miejscowości. Ich obecność złagodziła nieco zdumienie wywołane obecnością na nowym kontynencie. Udzielili nam również pomocy w sprawie transportu walizek i kontroli paszportowej, dzięki czemu nie odczuliśmy całej dolegliwości administracyjnych procedur.

Następnie misjonarze zabrali nas do Bimbo, do parafii św. Antoniego Padewskiego. Mieliśmy okazję przejechać przez centrum Bangi i uchwycić nieco specyfiki tego kraju, w którym sklepiki ustawiają się przy trasie przejeżdżających samochodów, motory wydają się bezkarnie niepoddane najbardziej podstawowym przepisom ruchu,  a potężne dziury w drodze nie należą bynajmniej do rzadkości.

Po dotarciu do Bimbo modliliśmy się Mszą Świętą  w kościele parafialnym. Zostaliśmy bardzo życzliwie przyjęci przez pracujących tu misjonarzy: ks. Michała Rachwalskiego i ks. Mateusza Gondka. Mieszkańcy Bimbo również okazali nam swą życzliwość; zachowali w pamięci misjonarską pracę o. Stanisława Wojdaka w tej parafii. Przy  kolacji mieliśmy okazję podjąć niebanalne rozmowy o nadziejach i bolączkach tutejszego Kościoła oraz skosztować afrykańskiej kuchni, której wszakże nie brakowało polskich akcentów.

Spokojnego snu  nie zmąciło nam kilka karaluchów, które również wyszły nam na spotkanie.

17 VIII (środa)

Dzień rozpoczęliśmy od jutrzni i Mszy świętej w kościele parafialnym  w Bimbo. Pierwszy raz uczestniczyliśmy w Mszy świętej w języku sango.

Po Mszy mieliśmy okazję, aby przywitać się i nieco porozmawiać z ludźmi z parafii. Łatwo dostrzec pewną naturalną otwartość mieszkańców tego kraju.

Po porannej modlitwie różańcowej połączonej z lekturą duchowną, lectio divina i Liturgią godzin, wybraliśmy się do stolicy z księdzem Michałem, aby wymienić euro na franki, kupić karty do telefonu i klapki.

Po krótkich zakupach i obiedzie wyruszyliśmy razem z ks. Mieczysławem Pająkiem i panią Izabelą Cywą do Bagandou. Wrażenia z drogi do tej miejscowości trudno pomieścić w krótkiej relacji. Przejeżdżaliśmy przez niezmierzone połacie zieloności, które przeplatają się z wioskami i ludźmi, którzy próbują sprzedawać różnorakie owoce i inne dobra tej ziemi. Ksiądz Pająk kupuje nam po drodze nieco papai i innych owoców, których nazwy musimy dokładnie zapamiętać. Jako przybysze z Europy nawet nie wiedzieliśmy, że ananasy rosną w ziemi i na hasło, że mamy ich wypatrywać,  podnosiliśmy głowy do góry.

Po drodze zatrzymujemy się w katedrze pod wezwaniem świętej Joanny d’ Arc w Mbaiki, w której pomodliliśmy się Koronką do Bożego Miłosierdzia.  Podziwialiśmy katedrę, która rzeczywiście wyróżnia się pięknem w porównaniu z innymi kościołami. Strukturę budynku tworzą cegły,  które w bocznych nawach  i wejściach układają się w łuki, których nie powstydziłyby się kościoły Europy. Splendoru przymnażają bogate witraże. Niemniej ich wygląd i rozmieszczenie najzupełniej harmonizują z szlachetną prostotą, którą reprezentuje cały wystrój.

Następnie zatrzymaliśmy się przy moście na rzece Lobay, gdzie Wojciech zrobił wiele zdjęć i mogliśmy nacieszyć oczy majestatem dżungli i potężnej rzeki, która w porze deszczowej tym okazalej się prezentuje. Widzieliśmy wioski Pigmejów i ludzi, dla których funkcję lodówki i spichlerza pełni dżungla.

Dotarcie do Bagandou ubiegło nam na radosnych rozmowach i nieustannych podskokach samochodowych, które nauczyły nas, że ci, którzy narzekają na stan polskich dróg, na pewno nie byli w RCA  i nie widzieli dziur o tak niesamowitej głębokości. Afryka bardzo szybko uczy, że narzekanie nie jest sprawą chrześcijańską.

W samym Bagandou wyładowaliśmy wszystkie rzeczy , wśród nich  lekarstwa i jedzenie, których przywiezienie było  jednym z głównych celów wyjazdu. Tu spotkaliśmy panią Magdalenę Iwan, członkinię Legionu Misyjnego i wolontariuszkę z diecezji tarnowskiej, która razem z panią Izabelą trudzi się nad właściwym funkcjonowaniem ośrodka zdrowia w Bagandou. Zostaliśmy przyjęci z królewską gościnnością.

18 VIII (czwartek)

Obudzeni biciem kościelnych dzwonów wybraliśmy się do kościoła parafialnego na modlitwę Jutrznią i Mszę świętą. Trwamy w podziwie dla misjonarzy znających język sango, ponieważ nam sylaby zlewają się w jeden potok dźwięków, które niezmiernie trudno odróżnić. Po Eucharystii nastąpił czas adoracji, podczas której modliliśmy się Koronką do Miłosierdzia Bożego. Rozdane przez ks. Mieczysława obrazki z tekstem modlitwy w języku sango pozwoliły się nam włączyć w uwielbienia Afrykańczyków.

Ks. Mieczysław opisał nam historię powstawania kościoła. W tym dziele najgłówniejsza zasługa przypada właśnie jemu, przy niemałym wsparciu środowisk misyjnych z diecezji tarnowskiej. Niemniej potrzeby duszpasterskie postawiły wymóg budowy nowego, większego kościoła, którego mury wznoszą się nieopodal starego kościółka i zapowiadają swą powagą osiągnięcie budowlane porównywalne z wcześniej wspomnianą katedrą. Owo osiągnięcie zaznacza się tym bardziej, że warunki do budowy są skrajnie niesprzyjające. Główną przeszkodą jest konieczność sprowadzania większości materiałów z bardzo daleka, przede wszystkim z Bangi. Uciążliwość i kosztowność transportu jest pomnażana przez fatalny stan drogi łączącej stolicę z Bagandou. Niemniej trudności są pokonywane, a ks. Mieczysława można prawdziwie uznać za człowieka łączącego tytaniczną i wszechstronną aktywność z głębokim życiem modlitewnym.

002 Staz misyjny w RCA artChcąc taką syntezę osiągnąć po śniadaniu wybraliśmy się do kaplicy znajdującej się na terenie plebanii, aby pomodlić się lekturą duchowną, lekturą Pisma Świętego, brewiarzową Godziną czytań oraz różańcem odmawianym po francusku.

W kaplicy tej można troszkę poczuć się jak w Polsce. Mamy tu wizerunek Matki Bożej Częstochowskiej i świętego Jana Pawła II. Ucieszyłem się, gdy zobaczyłem te obrazy i przypomniały mi się słowa psalmu 138 z środowych nieszporów:

„Ty ze wszystkich stron mnie ogarniasz i kładziesz na mnie swą rękę.

Zbyt przedziwna jest dla mnie Twoja wiedza, tak wzniosła, że pojąć jej nie mogę.

Gdzie ucieknę przed duchem Twoim? Gdzie oddalę się od Twego oblicza?

Jeśli wstąpię do nieba, Ty tam jesteś, jesteś przy mnie, gdy położę się w Otchłani.

Gdybym wziął skrzydła jutrzenki, gdybym zamieszkał na krańcach morza,

Tam również będzie mnie wiodła Twa ręka i podtrzyma mnie Twoja prawica.”

Rzeczywiście, można powiedzieć, że wstąpiliśmy do nieba – lecąc samolotem. Zamieszkaliśmy na ziemiach, które wielu uważa za krańce ziemi, ale za Psalmistą musimy uznać, że wszędzie czuwa nad nami Pan zawsze obecny w tabernakulum; zarówno w tarnowskiej katedrze, jak i w małej kaplicy w Bagandou. Dobry Bóg ukazał nam tę ważną prawdę przez  mały obraz Królowej Polski, przez który przypomniały się nam nasze parafialne kościoły.

Ponadto spostrzegliśmy relikwie świętej Teresy od Dzieciątka Jezus, patronki Misji.  Od niej można nauczyć się prawdy chyba kluczowej dla apostolstwa i misji: bez życia wewnętrznego wszelka działalność zewnętrzna nie przynosi owoców i wyjaławia człowieka.  Śmiałe plany i dzieła są ważne, ale tylko wtedy, gdy za źródło mają relację z Bogiem. W innym wypadku misjonarz stałby się kimś podobnym do kulturoznawcy, filantropa, a może nawet turysty. Misjonarz to człowiek, który kładzie swą duszę i daje swe życie za sprawę zbawienia ludzi i ta żarliwość każe mu budować, pracować i podejmować liczne dzieła i prace.

Myślę, że ta złota prawda, fundamentalna dla misji, wyznacza również nasze myślenie o stażu misyjnym. Wiemy, że nie możemy zamienić wyjazdu w wycieczkę. Nie możemy również przypisywać sobie jakiegoś wielkiego znaczenia, lecz właśnie w duchu świętej Teresy przyjąć naszą maleńkość i wszelkie bariery czy drobne niedogodności. Popracować, poznać środowisko misjonarzy, podszkolić się w języku francuskim, a we wszystkim pokornie uwielbiać Pana Boga – oto projekt, który sobie wyznaczamy.  Sądzę, że Mała Teresa rozpozna swoją małą drogę w tych zamiarach. Na marginesie warto dodać, że relikwie świętej Teresy znajdują się nie tylko kościele w Bagandou, ale również w Sali misyjnej. Myślę, że jest cichą patronką naszego stażu, choćby z tej przyczyny, że jest on obecnością wśród najmniejszych.

Przekonaliśmy się o tym, gdy zwiedziliśmy szpital w Bagandou prowadzony przez panią Izabelę Cywę i panią Magdalenę Iwan. Dzięki wytrwałej pracy i wsparciu pochodzącym w sporej części z diecezji tarnowskiej, szpital zapewnia godną opiekę medyczną na terenach, gdzie o nią bardzo trudno.

Ciężar problemów tego kraju uświadomiło nam pewne zdarzenie, które chyba silniej przemówiło niż pozostałe części naszej wizyty w szpitalu. Podczas małej zabawy z dziećmi przy oddziale pediatrycznym, spostrzegliśmy na końcu ganku, siedzącą na murku kobietę z niebywale wychudzonym dzieckiem. Miało ono nóżki jak patyczki, trwało na kolanach opiekunki niemal nieruchomo; ból serca wywoływało patrzenie w jego smutne, niemal gasnące oczy. Pani Izabela powiedziała nam, że stan tego dziecka jest bardzo poważny; przybyło do szpitala niedożywione i na domiar złego jest nosicielem wirusa HIV.

Ksiądz Mieczysław ochrzcił to biedne dziecko otoczony modlącą się gromadką afrykańskich kobiet, dzieci, pracowników szpitala i naszej czwórki. Wszyscy weszliśmy naturalnie w tę atmosferę powagi i modlitwy, jaką wywołuje spotkanie z zagrożonym ludzkim życiem. Ale uświadomiłem sobie jednocześnie, że życie wieczne tego dziecka nie jest już zagrożone i sakrament chrztu, wlewa w serca Bożą nadzieję i to niezależnie od rozwoju wypadków. Najmroczniejsze scenariusze nie mogą przysłonić szczęśliwej prawdy o życiu Bożym, w które weszło owo biedne dziecko.

Niemożliwe jest wyobrażenie sobie życia na tej ziemi bez obecności Kościoła, który okazuje się stróżem ciał i dusz ludzkich. Przecież bez chrześcijan nie powstałby tu szpital, bez misjonarzy nie udzielano by sakramentów. Bez chrześcijan zgasłoby wszelkie światło nadziei dla tego ludu, a biedna dziewczynka byłaby skazana na śmierć. Na tej ziemi mocno jaśnieje światło, którego nie ukryto pod korcem, a sól nie utraciła swego smaku.

Oprócz wizyty w ośrodku zdrowia, wstąpiliśmy w progi domu sióstr kombonianek, który sąsiaduje z plebanią i ośrodkiem zdrowia. Siostry wprawdzie były nieobecne, gdyż odbywały rekolekcje w Bangi, ale zobaczyliśmy kaplicę sióstr i pośrednio poznaliśmy sposób funkcjonowania tego zgromadzenia misyjnego. Mogliśmy się również do czegoś przydać, gdyż lodówka u sióstr przestała działać i mięso w większej części uległo zepsuciu. Widomym znakiem procesu zepsucia była czerwona plama na podłodze, przy lodówce. Wyczyściliśmy zatem krwawiącą lodówkę i selekcjonowaliśmy jej zawartość: rzeczy zepsute wyrzucaliśmy, a ocalałe poddaliśmy chłodzeniu, ponieważ księdzu Mieczysławowi udało się przywrócić ową lodówkę do stanu używalności. Dobrze, że zepsute mięso nie trwało w tym stanie na tyle długo, aby przyciągnąć członków ekosystemu, którzy gustują w tego typu potrawach. Chodzi tu przede wszystkim o tysiące mrówek, które na szczęście nie zdążyły zwołać się na ucztę.

Popołudnie miało być w całości przeznaczone na pracę przy plebanii, lecz pora deszczowa dała znać o sobie i nieco wydłużała naszą sjestę. Po sjeście obraliśmy za nasz cel uporządkowanie kontenera, który w 2010 roku trafił do Bagandou z Polski. Kontener był pełen rozmaitości; wymienianie wszystkich znużyłoby czytelnika i zajęło kilkanaście stron. Jego zawartość stanowiła wieloraką pomoc dla misji w Bagandou, lecz sprawą oczywistą jest, że nie można od razu spożytkować wszystkiego. Ponadto ów kontener pełni dla ks. Mieczysława rolę magazynu. Nic zatem dziwnego, że zadziałało, że się tak wyrażę, prawo entropii i nieporządek raczej wzrósł niż zmalał. Dlatego też obraliśmy sobie za cel uporządkowanie rzeczy w kontenerze i adekwatne ich oznakowanie.

Przez nasze ręce przechodziły zatem deski, styropiany,  ubrania, lusterka, książki, żarówki, materiały czy też różne części elektroniczne. Towarzyszkami naszych prac były dwie myszy, które niezadowoleniem i ucieczką wyraziły swój stosunek do naszej gwałtownej wizyty. Niemniej praca przebiegała sprawnie i w  dziele porządkowania przeszliśmy niemal połowę kontenera.

Miłym przerywnikiem wysiłków było przybycie pewnego młodego człowieka z małą małpką na ramieniu. Dzięki jego życzliwości mogliśmy przyjrzeć się małpce, wziąć ją na ręce i zrobić sobie kilka zdjęć. Przerwaliśmy jednak te czynności, albowiem dostrzegliśmy, że małpka nie podziela naszej satysfakcji i nawet kawałek banana nie mógł odmienić jej chmurnego usposobienia.

Zwieńczeniem dnia były wspólne nieszpory i wieczorne chwile cichej, indywidualnej modlitwy. Do snu ukołysała nas nieustannie muzykująca dżungla.